Nellie Bly – 10 dni w domu dla obłąkanych

Odcinek 3 – Meksykańska przygoda

— Nellie! Nellie! — usłyszałam wołanie matki. Wydawała się przejęta. — Trzydzieści minut do śniadania. Musisz się ubrać.

Tak powitał mnie Meksyk. Matczynym jęczeniem nad uchem. 

Szybko wskoczyłam w suknię i nim pojawił się portier Pullman, by podnieść rolety i zapytać, jak minęła noc, byłam gotowa. Otworzyłam okno. Na twarzy poczułam powiew świeżego, choć ciepłego powietrza. Za oknem rozciągał się monotonny, płaski krajobraz, wzbogacony kaktusami, porastającymi chyba cały kraj. 

— Ziemia bogów — jęknęłam z niesmakiem.

Zaraz potem zamknęłam okno i w towarzystwie matki udałam się na śniadanie, które rzecz jasna podawano w wagonie restauracyjnym. Zajęłyśmy stolik pośrodku wagonu. Uprzejmy kelner podszedł do nas i zaoferował kawę. Moja matka była wręcz zachwycona poziomem obsługi. Ja natomiast czułam się nieswojo. Nie potrafiłam nic przełknąć. Zerkałam na zewnątrz, na wciąż mijane kaktusy, wijące się pośrodku pustyni. Wyglądały niczym ludzie, skręcający się w agonii. 

Wróciłam spojrzeniem do długiego stołu, na którym znajdowało się jedzenie. I na głodnych ludzi, gromadzących się wokół niego, walczących o suchy chleb. Z żalem i zazdrością zerkających w naszą stronę. 

— Dlaczego ci ludzie zachowują się w ten sposób? — Matka zapytała kelnera z oburzeniem.

— Podróżują trzecią klasą, proszę pani. — Kelner stwierdził z powagą, ale bez odrazy.

Moja matula wyglądała na rozczarowaną. Nie podobało się jej, że musimy śniadać w takim otoczeniu. Szybko sprowadziłam ją do pionu. Nie wiem, skąd u niej takie nuworyszowskie podejście. Przecież gdyby nie moja praca, nigdy nie miałaby okazji odwiedzić Meksyku! Doprawdy, zachowywała się niczym angielska królowa. A przecież już od wielu lat żyła w Stanach.

— Musimy wracać do przedziału. — Powiedziałam poważnie. — Zbliżamy się do miasta.

I kiedy wstałam od stołu, w wagonie pojawił się portier, informując pasażerów, że zaraz zatrzymamy się na stacji w Mexico City.

Syk upuszczanej pary rozniósł się po peronie, zresztą jak i sama para, która spowiła ludzi, czekających na platformie. Pasażerowie wylali się na zewnątrz, licząc, że poczują na swoich twarzach rześkie powietrze. Ale w Meksyku chyba nie można liczyć na chłód. Mam wrażenie, że tutaj nawet w nocy jest goręcej, niż w najcieplejszy irlandzki dzień.

Wyszłyśmy z pociągu. Portier pomógł nam z bagażem, a zaraz potem wnosił do środka walizkę innej kobiety, która minęła nas w drzwiach i z jakiegoś powodu ofukała. Wyglądała na arystokratkę. Być może jej również wydawało się, że jest lepsza z racji na zawód, jaki wykonywał jej mąż. Albo pieniądze, które zostawili jej rodzice. To nie spodobało się mojej matce, dlatego musiałam szybko zająć jej uwagę. Pomógł mi w tym mężczyzna, stojący pośrodku dworca i wypatrujący kogoś. Z jakiegoś powodu, kiedy mnie zauważył, uśmiechnął się, podążył w naszą stronę. Na wszelki wypadek odwróciłam się, by nabrać pewności, że nikogo za mną nie ma. Że nie woła innej kobiety.

— Przepraszam! Przepraszam, czy panna Bly? — zapytał, przekrzykując panujący wokół gwar.

— Lizzy, znasz tego dżentelmena?

Poirytowałam się. Nie lubiłam, kiedy matka tak się do mnie zwraca.

— Nie. I prosiłam cię, żebyś tak do mnie mie mówiła. Przyjęłam pseudonim i chciałabym do niego przywyknąć.

Westchnęła z ironią.

— Dzień dobry. — Powiedziała surowo. — Tak to panna Elizabeth… — urwała w pół zdania. — To panna Nellie Bly.

— A pan, to…? — zapytałam.

— Christopher Patrick Connoly. — Ukłonił się nisko. — Miło mi panią poznać.

Potem spojrzał na moją matkę.

— A to…? — ciągnął dalej.

— Moja matka. Mary Jane Kennedy. Ale może już starczy tych uprzejmości. — Zmieniłam ton na bardziej dosadny. — Skąd pan mnie zna?

Mężczyzna odkaszlnął. Chyba zbiłam go z tropu. Być może nie był przyzwyczajony do tego typu kobiet. Stanowczych, pewnych swego.

— Tak — zaczął. — Jestem tu na polecenie mojego przełożonego, pana Normana Hapgooda. Norman… To znaczy pan Haphood polecił mi zbadać w Meksyku pewną sprawę, o której jeszcze nie chciałbym mówić zbyt wiele… Powiem tylko, że już miałem dokonać przełomu, kiedy kilka dni temu, do redakcji Coolier’sa, dla której rzecz jasna pracuję, napłynęło zapytanie od pana Eugena M. O’Neill’a. 

Zaskoczył mnie wspomnieniem mojego poprzedniego przełożonego.

— I czego chciał od pana redaktor O’Neill?

— Pani go zna, jak mniemam? — pan Connolly zapytał z iście dziennikarską dociekliwością.

— Tak. Pracowałam dla niego, kiedy pisałam do Pittsburg Dispatch. Ale to już przeszłość. Nasze drogi się… cóż. Przestaliśmy się dogadywać.

— Rozumiem. — Christopher Connolly uśmiechnął się rozumiejąco. — Mimo wszystko pan O’Neill poprosił mojego redaktora, byśmy wsparli pewną młodą damę w jej podróży do Meksyku. Pan Haphood nie omieszkał wspomnieć, że Coolier’s ma tam swojego korespondenta, który będzie służył jej swoją pomocą. Tak więc, jestem. Gotów służyć paniom radą i silną dłonią. 

Wtedy też wtrąciła się moja matka.

— To miło z pańskiej strony. Czy w takim razie zechciałby pan zabrać nasze walizki?

Prychnęłam oburzona. Sama dałabym sobie radę z bagażem. I nie omieszkałam podzielić się tą myślą z matką, lecz ona potraktowała mnie jak dziecko.

— Pan jej wybaczy. Od zawsze była taka samodzielna. — Wydawało się jej, że musi mnie usprawiedliwiać. — Nie upieraj się. Pan chce pomóc, więc mu pozwólmy — pouczyła mnie, a potem wróciła do pana Christophera z podziękowaniem za zaoferowaną pomoc.

Mężczyzna zabrał nasze bagaże właściwe bez słowa.

— Naprawdę nie ma za co. Proszę tędy. — Wskazał nam drogę. W jego głosie usłyszałam trud, z jakim uniósł walizki.

Podążyliśmy za nim w stronę placu, przy którym stały wozy. Z daleka słyszałam prychanie koni. Z trudem stawiałam kroki na brukowanym placu. Widać przemierzało go wiele osób i kocie łby były śliskie.

— Pojedziemy wozem — sapnął pan Connolly, stawiając nasze pakunki na ziemi. Przez kilka chwil łapał oddech.

— Zupełnie jak u nas! Woźnice, chorągiewki… — Moja matka zawołała z zadowoleniem.

— Dokładnie — odparł nasz przewodnik. — Kiedy zaczęli tu przyjeżdżać amerykanie, zdecydowano się zorganizować firmę przewozową, która będzie wozić ludzi z dworca wprost do hotelu. Podobno ma to chronić turystów przed napaścią. Tak jest bezpieczniej.

— Więc? Którym powozem jedziemy? Który kolor ci się podoba, Lizzy?

— Mamo! — zawołałam oburzona. 

Doprawdy, nie wiem, dlaczego mojej matce tak trudno było zaakceptować mój pseudonim. Nie mogłam uwierzyć, że o tym nie pamięta. Byłam przekonana, że robi to specjalnie.

— Lizzy? — Dopytywał pan Connolly.

— Pan nie wiedział? — moja matka ciągnęła dalej, jakby nie zdając sobie sprawy, że robi wszystko, by mnie pogrążyć.

— Mamo! — zawołałam raz jeszcze. Poważniej. Bardziej surowo.

— Lizzy… To znaczy Nellie to nie jest jej prawdziwe imię. Taki sobie przywdziała, jak ty to mówisz, kochanie? Pseudonim? Tak naprawdę nazywa się Elizabeth Jane…

— Wystarczy! — warknęłam, uciszając matkę. — O co chodzi z tymi powozami? Różnią się czymś, panie Connolly?

Mężczyzna sprawiał wrażenie odrobinę rozbawionego, ale kiedy tylko dostrzegł moją irytację, spoważniał.

— Właściwie tak. Ten z białą flagą to pierwsza klasa. Za niego zapłacimy dolara. Podróż powozem z niebieską flagą będzie mniej wygodna, ale kosztuje dwadzieścia pięć centów mniej. A jeśli nie zależy paniom na wygodzie, możemy skorzystać z powozu z czerwoną flagą. Wtedy podróż może przyprawić o mdłości, ale zapłacimy tylko pięćdziesiąt centów.

— To co, bierzemy ten z białą flagą? — moja matka znów odezwała się pierwsza. Zaczynało mnie to denerwować.

— Nie. Nie stać nas. Dobrze wiesz, że powinnyśmy… Nic nam nie będzie, jeśli odrobinę pocierpimy.

— Ja też pojadę. Dołożę ćwierć dolara, żeby było sprawiedliwie. — Pan Connolly wtrącił się grzecznie.

— Może być, mamo? Możemy jechać niebieskim? — Nie dałam jej okazji, by odpowiedzieć. — Tak? To świetnie.

Spojrzała na mnie nieco oburzona. Ale nie trwało to długo, bo zaraz potem wróciła do naszego przewodnika. Z niemocą spojrzała na walizkę, stojącą przed nami.

— Czy mógłby pan? — zapytała najmilej, jak potrafiła, co mnie przyprawiło o mdłości.

Bałam się, że zaraz zacznie z nim flirtować, bądź co gorsza, swatać nas. Ale pan Connolly mimo wszystko sprawiał wrażenie dżentelmena. Zapewne nie pozwoliłby sobie na taki nietakt. Złapał za bagaże i podszedł do woźnicy, siedzącego na wozie z niebieską chorągiewką.

— Disculpe señor, ¿podría por favor…? — zagadnął po hiszpańsku.

Woźnica bez słowa zszedł na ziemię, załadował cały nasz dobytek na dach i przymocował go z należytą starannością.

— Dokąd jedziemy? — zapytałam, wchodząc do powozu.

— Hotel Yturbide. Proszę, niech panie wsiadają. — Pospieszył nas pan Christopher.

Kiedy wreszcie zajęliśmy miejsca na nad wyraz wygodnych ławeczkach, obitych czerwonym zamszem, woźnica zamknął za nami drzwi, wspiął się na swoje miejsce i ponaglił konia. Nieco nami wstrząsnęło, ale cała późniejsza podróż była niezgorsza, żeby nie rzec, przyjemna.

Pod budynek hotelu wskazanego przez naszego przewodnika dotarliśmy prędko. Nie minęło nawet trzydzieści minut, od opuszczenia pociągu.

— Zapłacę woźnicy — odezwał się pan Connolly. Wręczył mu garść monet, a zaraz potem otworzył drzwi wozu i podał dłoń, zarówno mi, jak i mojej matce.

— Aquí está el dinero — rzekł do woźnicy, kiedy ten zdjął bagaże i postawił je przed nami.

— Panie Connolly, gdzie nauczył się pan tak dobrze mówić po ichniemu? — moja matka zadała kolejne niewłaściwie brzmiące pytanie. Gdyby zrobić konkurs na nietaktowne zwroty, zdobyłaby pierwszą nagrodę.

— Mamo, to jest hiszpański. Nie ICHNI. — Poprawiłam ją, nie kryjąc zażenowania.

— Już dobrze, dobrze — zbyła mój komentarz. 

Całe szczęście pan Connolly tym razem stanął po mojej stronie. Miał przecież chronić mnie, a nie moją rodzicielkę.

— Panna Nellie ma rację. Hiszpańskiego uczyłem się przez ostatnie dwa lata z myślą o pracy na południu. Wtedy wydawało mi się, że potrzebni będą korespondenci, zdolni porozumieć się z naszymi braćmi zza Rio Grande. I jak widać, moje przeczucie się sprawdziło. 

— Imponujące — odparłam z ironią. — Chodźmy, musimy wybrać pokoje — zmieniłam temat. Starałam się być stanowcza. Ruszyłam pewnym krokiem, zapominając o walizkach.

— Panie Connolly, tak mi głupio. — Zatrzymałam się w pół kroku. — Ale czy znalazłby pan jeszcze odrobinę siły…? By nam pomóc? Z bagażami? — Tym razem to ja poprosiłam, a w chwilę potem moje policzki oblały się rumieńcem.

Nasz przewodnik spełnił moją prośbę bez słowa.

— Już wszystko załatwione. Pozwoliłem sobie zarezerwować pokój dla pań.

— Jeden? Mamy w trójkę spać w jednym pokoju?

— Spokojnie Nellie — wtrąciła się moja matka. — Pan Connolly jest dżentelmenem. Zapewne nic nie grozi nam z jego strony. Prawda panie Connolly? Jak wyglądają tutejsze kwatery?

Pan Connolly przystanął i westchnął. Jego reakcja na pytanie powinna być dla nas znakiem ostrzegawczym. Najpierw oświadczył, że on nocuje na dole, gdzie opłata jest najniższa. Potem zaprowadził mnie i moją matkę do pomieszczenia na piętrze. Przecięliśmy otwarty dziedziniec, na który wychodziły okna wszystkich pokojów. Wspięliśmy się na schody, na galerię z rzeźbioną poręczą. A potem znaleźliśmy właściwe drzwi.

Nasz pokój miał podłogę z czerwonej cegły. Był duży, ale brakowało w nim wentylacji. W każdym rogu czekało łóżko z żelazną ramą i brudnym materacem. Pod jedną ze ścian był stół bez krzeseł. Nieopodal drzwi zauważyłam kamienną umywalkę. Wszystko wyglądało żałośnie, niczym więzienna cela. Zatęskniłam za domem.

— U pana też jest tak obskurnie? — Moja matka zapytała, niedowierzając własnym oczom.

— Jest… Odrobinę gorzej — stwierdził, łapiąc oddech. — Wszystko przez wilgoć. Tutaj w Meksyku, im wyżej ulokowany pokój, tym drożej. 

Wreszcie odsapnął. Widać wniesienie naszych bagaży na piętro było dla niego trudne. 

— Na górnych piętrach mieszkańcy mogą cieszyć się słońcem i suchymi ścianami. U mnie natomiast… — urwał. — Same panie rozumieją. Latem upał nie doskwiera, ale kiedy goście z górnych pięter spuszczą za dużo wody… robi się dość mokro.

— W takim razie, może zechciałby pan przenocować u nas? — moja matka zapytała, nie konsultując tego ze mną.

— Mamo! — oburzyłam się. A potem starałam się wytłumaczyć odmowę dziennikarza, mając nadzieję, że nie przystanie na jej propozycję. — Pan Connolly zapewne nie czułby się swobodnie.

— Lizzy… To znaczy panna Nelly ma rację. — Odparł mężczyzna, zdejmując kamień z mojej piersi, ale również nieco podnosząc mi ciśnienie tą zapewne umyślna pomyłką. — Ale z chęcią zjem z paniami kolację. Niech się panie rozgoszczą. Spotkajmy się, powiedzmy za godzinę? Na dziedzińcu?

— Doskonale. W takim razie do zobaczenia na kolacji. Nie mogę się doczekać, aż spróbuję tutejszych rewelacji. — Moja matka uśmiechnęła się i wyprosiła pana Connolly’ego z naszego pokoju.

Godzinę później przemierzaliśmy główną ulicę Mexico City, przedstawiająca doprawdy niezwykłą panoramę społeczną. Mogliśmy tam ujrzeć niespotykaną nigdzie indziej mieszankę, poczynając od bogatych turystów ze Stanów, poprzez ciekawskich dziennikarzy, zachwalających tamtejszą architekturę i naturę otaczającą nas zewsząd, aż po uczynnych Meksykanów, chętnie opowiadających o lokalnych świętych, o katedrach i całych miastach. Co ciekawe ich opowieści były szczere, ale nigdy tak kolorowe, jak te, którymi raczą nas dziennikarze.

Płynęliśmy z tłumem wzdłuż szerokiej ulicy. Nie byli to jednak pachnący ludzie z niebieskimi oczami o jasnych włosach, ale niscy, przysadziści mężczyźni i równie masywne kobiety o niemal czarnej skórze z równie ciemnymi włosami. Kobietom niemal za każdym razem towarzyszyła cała gromadka dzieci. Jeśli jakieś nie potrafiło jeszcze chodzić, kobieta niosła je w chuście, starannie przewiązanej na plecach. Na głowie natomiast na ogół dźwigała kosz pełen owoców. Jak się potem dowiedziałam od naszego towarzysza, w Meksyku dziewięć na dziesięć kobiet ma dzieci. Matkami i żonami zostają bardzo wcześnie. 

Zewsząd dobiegały nas rozmowy turystów. Słyszeliśmy też niemowlęcy płacz, dobiegający z jednej z bocznych uliczek. Gdzieś w głębi szczekały psy, pałętające się przy stercie śmieci. Zwierzęta włóczyły się stadami, szukając dla siebie kawałka ziemi. Podobnie jak starsze dzieci, pozbawione opieki, pozostawione same sobie.

Przepuściliśmy powóz, przetaczający się środkiem piaszczystej alei i przeszliśmy na drugą stronę. 

— Proszę. Zwykle jadam tutaj. — Pan Connolly wskazał na drzwi niedużej restauracji. Przy większości stolików siedzieli amerykanie.

Dziennikarz odsunął krzesło mojej matki. A potem i moje.

— Widzę, że zaskoczył panie widok dzieci na ulicach — zaczął.

— Też. Choć bardziej zastanawia mnie brak ich rodziców. Czy to sieroty? — odparłam.

Rozmowę przerwała kelnerka, która stanęła przy naszym stoliku z dzbankiem z wodą. Pan Connolly nalał nam po szklance.

— To nie sieroty — stwierdził. — Choć nie znają domu i nigdy nie leżały w łóżkach. Nie chodzą też do szkoły. Zanim nauczą się mówić, noszą pakunki na głowach lub plecach. Pomagają matce, która dźwiga towary, zarabiając w ten sposób na ich utrzymanie. Ich życie jest niewiele warte. Po prostu istnieją. Urodzili się na ulicach, na ulicach mieszkają i na ulicy umrą. 

— Biedactwa. — Moja matka się zmartwiła.

— Kiedy będziemy wracać — kontynuował pan Connolly — zauważą panie, jak chowają się w cieniu. Jak czuwają. Właściwie nigdy nie chodzą spać. A potem, kiedy są już wystarczająco duże, zaczynają żyć same. Zakładają rodziny, płodzą dzieci i zmuszają swoje żony do dźwigania towarów.

Słuchałam słów pana Connolly’ego, a potem, kiedy skończył już swoją opowieść, obserwowałam ludzi raczących się wytrawnymi daniami. Patrzyłam w ich uśmiechnięte twarze. Śledziłam ruchy rąk, dzierżących sztućce.

Wspomnienie tamtej podróży, momentami jakże zaskakującej i bolesnej, przerwał blask świtu. Światło stawało się mocne i szare, choć towarzysząca mi cisza nie tyle przeszkadzała, co wprawiała w dyskomfort. Trwałam tak jeszcze przez niemal godzinę, kiedy z pogłębiającego się otępienia wyrwał mnie najpierw śpiew ptaków, oblegających pobliskie drzewo, a później dźwięk szeleszczącej kołdry. To pani Caine obudziła się i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

— Nie spałaś, moje dziecko? — zapytała zaspanym głosem. Przetarła oczy i ziewnęła potężnie. Wreszcie usiadła na skraju materaca, wsunęła stopy w kapcie i podeszła do mnie.

Zaprzeczyłam.

— To nic. To nic.

Była kochana. Trzymała mnie za ręce i próbowała pocieszyć, choć miałam wrażenie, że to ona potrzebowała otuchy. Usiadła obok mnie i razem wsłuchiwałyśmy się w kobiety, wychodzące ze swoich pokojów i zmierzające na dół, do jadalni. Wreszcie i ja wstałam z łóżka.

Podeszłam do drzwi i zerknęłam na korytarz.

— A my? Nie pójdziemy na śniadanie? — zagadnęłam zdziwiona. Byłam głodna, bo poprzedniego posiłku nie tknęłam.

Pani Caine przez moment się zastanawiała, a potem wydała gardłowy dźwięk. Coś jakby odkaszlnięcie.

— Będzie lepiej, moja droga, jeśli zaczekamy. — Stwierdziła. Brzmiała stanowczo. 

Nie chciałam się jej sprzeciwiać. Siedziałyśmy więc w pokoju i czekałyśmy, aż kobiety wrócą do swoich kwater. I kiedy wreszcie pani Caine wyjrzała na korytarz i upewniła się, że wszystkie pozostałe niewiasty zamknęły się w swoich pokojach, lub siedzą w salonie i oddają się błogiemu lenistwu, zaprowadziła mnie na dół.

Zajęłyśmy miejsce przy stoliku pod ścianą. Kucharka powitała nas niemiłym: „tak”?.

— Proszę dwie kawy i po bułce dla mnie i dla panny Brown — pani Caine zamówiła i zwróciła całą swoją uwagę ku mojej osobie. — Powiesz mi moja droga, gdzie są twoi przyjaciele? — zapytała najuprzejmiej jak tylko mogła. 

— Nie mam przyjaciół — stwierdziłam beznamiętnie.

— Więc może rodzina? Masz jakichś bliskich? — dociekała kobieta. To było dla niej nie do pomyślenia.

— Nie. Nie mam bliskich — odparłam. A potem… Zaczęłam grać moją rolę. — Ale mam swoje bagaże. Tylko gdzie one są? Już powinny tu być! — Zaczęłam się złościć.

Wstałam od stołu i zaczęłam chodzić nerwowo po całej jadalni. 

— Gdzie są moje rzeczy?! Dlaczego nikt ich nie dostarczył? — uniosłam głos. Już niemal krzyczałam, czym zwróciłam na siebie uwagę kobiet, dotychczas odpoczywających w pokoju wspólnym.

Słyszałam jak schodzą na dół. Zauważyłam, że czają się przy drzwiach. Zerkały nieśmiało, ale z ciekawością, na scenę, którą urządziłam.

— Nie wiem, moje dziecko. Zjedz coś. Zaraz podadzą nam śniadanie. A potem wspólnie spróbujemy ustalić, co stało się z twoimi rzeczami — pani Caine próbowała mnie uspokoić.

Kobiety zgromadzone już dosyć licznie przy wejściu zaczęły plotkować. Któraś stwierdziła nawet, że ta nowa jest obłąkana. Zamieszanie przerwała pani Standard, która w towarzystwie pomocnicy zeszła na dół.

— Co się tutaj dzieje? — zapytała chuda kobieta, której poprzedniego dnia zapłaciłam za nocleg.

— To ta nowa! Jest szalona. Biega po kuchni i krzyczy — odparła jej moja niedoszła współlokatorka. Przerażona nastolatka, do której w środku nocy pobiegła pani Caine, by ratować przed jakże przykrym snem.

— Pani Caine, czy coś się stało? — głos pani Standard uciszył pozostałe kobiety.

— Panna Brown jest odrobinę wzburzona. Wczoraj ktoś miał dostarczyć jej bagaże, ale nikt się nie pojawił.

Chodziłam nerwowo po jadalni, kluczyłam między stołami. 

— Mówiłam jej. Prosiłam, żeby mnie powiadomiono, kiedy dostarczą moje kufry! — Wskazałam na pomocnicę. — Ale nikt nie przyszedł! Gdzie one mogą być?

— Same panie widzą! Ona jest obłąkana. Musi stąd zniknąć! Prawda? — Nastolatka podburzała pozostałe lokatorki.

Wśród kobiet zgromadzonych w drzwiach zaczęły się przebijać głosy poparcia. Ktoś zawołał, że powinni mnie zabrać.

— Nie zostaniemy tu ani minuty dłużej, jeśli panna Brown stąd nie zniknie. — Młoda dziewczyna ciągnęła dalej. Była głosem wszystkich pań, bojących się wyrazić własne zdanie. Pani Standard zirytowała się.

— Cisza! — krzyknęła, by zaraz potem się zamyślić. — Panno Brown… Może zechciałaby pani odwiedzić biuro odpowiedzialne za pani bagaże i…?

To było sprytne z jej strony. Nie mogłam zgodzić się od razu.

— Nie! Nigdzie się stąd nie ruszę! Mieli je przysłać. Mam czekać tutaj. Tak mi powiedzieli — wykrzyczałam.

— Panno Caine. W takim razie, może pani mogłaby… — Pani Standard zagadnęła czuwająca nade mną kobietę.

— Tak? — Pani Caine wyglądała na wystraszoną.

— Niech pani pójdzie po oficera — rozkazała jej pomocnica matrony. — Dowiemy się, co z bagażami tej młodej kobiety. Rozumie pani?

Panie Caine wydawała się nieprzekonana.

— Czy uważają panie, że to… konieczne?

— Chyba nie mamy innego wyjścia. — Pani Standard odparła smutno. — Czy mogłaby pani? — poprosiła przyjaznym głosem.

Pani Caine wreszcie się złamała.

— Dobrze. W takim razie zaraz pójdę po oficera. Może on pomoże nam rozwiązać tę… trudną sprawę. — Westchnęła. — A ty moje dziecko… — odezwała się do mnie. — Może pójdziesz z panią Standard do swojego pokoju i tam zaczekasz? Zapewne zaraz się wyjaśni, co stało się z twoimi walizkami.

Zgodziłam się. Teraz grałam potulną. Zrobiłam kilka kroków przez jadalnię. Pani Standard poprowadziła mnie przez tłum kobiet, ciekawskich i zarazem patrzących na mnie z obawą.

— Zróbcie miejsce! — Pani Standard warknęła na nie. — O tędy. Chodźmy. Ostrożnie. Tak, proszę. — Szeptała mi do ucha.

Zerknęła jeszcze przez ramię.

— Niech się pani spieszy — powiedziała podniesionym głosem w stronę pani Caine. — I proszę uprzedzić pana Bockerta o delikatności tej sprawy.

Pani Caine podążyła naszym śladem.

— A wy moje drogie, do salonu. No już. Nie ma tu nic do oglądania. — Odezwała się pomocnica matrony.

Poganiała kobiety, dopóki wszystkie nie zniknęły w pokoju wspólnym, albo we własnych sypialniach.