Nellie Bly – 10 dni w domu dla obłąkanych

Odcinek 6 – Skądś Cię znam

Towarzysz pani Scott obdarzył mnie wnikliwym spojrzeniem. Wyglądał, jakby studiował moją twarz. „Czy to jakieś badanie?” zastanawiałam się.

— Już gdzieś cię widziałem. — Uśmiechnął się, a zaraz potem jego twarz spoważniała. — Nazywam się Field i opiekuję się pacjentami w tym szpitalu.

— Więc zna mnie pan? — zapytałam z zapałem, choć on nie mógł wiedzieć, że to raczej strach przed byciem zdemaskowaną.

— Tak mi się wydaje. Skąd się tu wzięłaś, moja droga? Bo za nic nie mogę sobie przypomnieć…

Pomyślałam, że z tym lekarzem spróbuję się droczyć.

— Z domu — stwierdziłam z aż nazbyt dużą powagą.

— A gdzie jest twój dom? — zapytał odrobinę rozbawiony i zmieszany zarazem.

— Nie wiesz? No przecież w Meksyku.

Pokiwał głową z uznaniem. Widać nie czytał dokumentacji sporządzonej przez lekarza, który towarzyszył mi w drodze z sądu. 

Usiadł obok mnie.

— Podwiń rękaw. — Polecił z powagą, a następnie złapał za mój nadgarstek, chcąc zmierzyć mi puls.

Potem kazał otworzyć usta i wystawić język. Doprawdy nie wiem, jaki związek ma wygląd języka z niepoczytalnością, ale zaczynam sądzić, że oni naprawdę nie wiedzą, co robią. Kiedy skończył, wstał i popatrzył na mnie z góry.

— Opowiedz swoją historię pani Scott — zalecił.

Sprawiał wrażenie, jakby znudził się mną. Niczym dziecko, które rzuca w kąt starą zabawkę i zabiera się za szukanie nowej. Oburzyłam się. Nie miałam zamiaru rozmawiać z pielęgniarką.

— Nie będę rozmawiać z tą kobietą. — Zaprotestowałam, pamiętając, jak potraktowała mnie przed obiadem.

Mężczyzna westchnął, kucnął przede mną udając troskę i spojrzał mi głęboko w oczy.

— Co robisz w Nowym Jorku?

— Nic. — Wzruszyłam ramionami.

— Czy jesteś w stanie pracować? — dociekał.

— Nie. — Odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Nie mogłam pracować, znajdując się w szpitalu. Choć po prawdzie właśnie pobyt w Bellevue był w tamtej chwili moim zawodowym obowiązkiem.

Zadał mi jeszcze kilkanaście kolejnych pytań. Na ogół bezużytecznych, choć czasem zdarzały się również takie, godzące w moje dobre imię. Przez moment sugerował nawet, że jestem damą lekkich obyczajów. Wydawało mi się, że w ten sposób próbował ośmieszyć mnie przed panią Scott i panną Neville, która czekała po drugiej stronie przestronnego holu. 

Wreszcie podniósł się z kolan.

— Ta kobieta jest obłąkana — powiedział do pielęgniarki, nie siląc się na jakąkolwiek dyskrecję. — Według mnie to przypadek beznadziejny. Powinniśmy umieścić ją w miejscu, gdzie ktoś się nią zaopiekuje.

Z trudem ukrywałam uśmiech. Udało mi się oszukać drugiego lekarza. Niestety to doświadczenie sprawiło, że zaczynałam darzyć pracowników służby medycznej coraz mniejszym poważaniem. W tamtym momencie zyskałam przekonanie graniczące z pewnością, że żaden lekarz  nigdy nie będzie w stanie stwierdzić, czy pacjent jest szalony czy nie. Chyba, że taka osoba będzie przejawiać agresywne zachowania, zagrażające otoczeniu.

Zdecydowałem się dołączyć do grona autorów na portalach Patronite i Suppi. To platformy, w których fani mogą wspierać swoich ulubionych twórców. Finansowo, rzecz jasna. Już teraz możesz przejść na Patronie, gdzie poznasz moje motywy (klik) i będziesz mógł wspierać mnie cyklicznie. A jeśli nie chcesz robić tego tak oficjalnie, możesz wesprzeć mnie anonimowo i jednorazowo, bez zakładania konta. W Suppi (klik).

Późnym popołudniem w pawilonie pojawiła się kolejna starsza pani. Przyprowadził ją chłopiec, powiedziałabym, piętnastoletni. Kazał kobiecie usiąść na ławce pod ścianą, samemu zaś podszedł do pani Scott dość niepewnym krokiem. Nachylił się nad nią i coś tłumaczył. Trwało to kilka minut. Potem wrócił do krewnej, ucałował ją i zostawił. Była to zapewne jego matka, ale przez fakt, że była Niemką i nie znała angielskiego, nie mogłam dowiedzieć się niczego więcej.

— To jest pani Louise Schanz — odezwała się pani Scott. — Ale nie mówi po angielsku, więc dajcie jej spokój.

Właściwie nie miałam okazji, by choć spróbować porozumieć się z nową pacjentką, bo w kilka chwil potem w pawilonie stanęła panna Ball i zabrała gdzieś nową pensjonariuszkę. My zaś, to jest ja, Anne i pani Fox, zostałyśmy zaproszone na podwieczorek. Tym razem podano lichy bulion, kawałek czerstwego chleba i zimną herbatę. Kiedy Mary zauważyła, że nie jestem w stanie zjeść tego, co mi podają, raz jeszcze przyniosła, specjalnie dla mnie, kubek ciepłego mleka i kolejnego krakersa. Kazała mi docenić to wyróżnienie, bo jeszcze się nie zdarzyło, by któraś z pacjentek mogła liczyć na tak wyjątkowe traktowanie. Podziękowałam jej, choć nie do końca rozumiałam, dlaczego posiłki podawane w tym szpitalu są tak nieświeże.

Po podwieczorku dano nam jeszcze godzinę wolnego czasu, którego chorzy psychicznie, jak się okazuje, mają aż nadto. Nie chcąc marznąć w holu, udałam się na spacer po budynku. Znalazłam klatkę schodową, prowadzącą na piętro. Wspinając się po kamiennych schodach, poczułam podmuch zimnego wiatru na karku. 

W jednym z pomieszczeń gospodarczych na piętrze dojrzałam panią Schanz. Siedziała przy niewielkim, drewnianym stoliczku, na którym ustawiono maszynę do szycia. Kobieta pracowała sprawnie, łatając dziury w prześcieradłach i sukniach. Widziałam cały stos zniszczonych ubrań, które widać pani Schanz musiała doprowadzić do stanu używalności. Rozczulenie nad losem tej biednej niewiasty przerwał hałas dobiegający z dołu. Z dotychczas zamkniętej sypialni wyszła młode dziewczę, niemal nastolatka. Nazywała się Tille Mayard. Miała dwadzieścia pięć lat, choć jak mówiłam, wyglądała ledwie na kilkanaście. Trafiła do Bellevue na życzenie przyjaciół, którzy wysłali ją na leczenie osłabienia nerwowego. Zdawała się bledsza, niż Pani Scott, choć wygląd Tille był raczej efektem choroby trawiącej jej organizm. Nie miałam serca mówić dziewczynie, gdzie się znajduje. Ona sama też chyba nie była tego w pełni świadoma, a już na pewno mniej niż ja, czy Anne Neville.

Naszą jakże krótką wymianę zdań przerwała panna Ball. Był kwadrans po osiemnastej, ale salowa stwierdziła, że musi wyjść wcześniej i z tego powodu wszystkie pacjentki mają udać się na spoczynek.

Cieszyłam się, kiedy wskazano nam sypialnię i wręczono nocne suknie. Ja otrzymałam dość krótką, z bawełnianej flaneli. Kiedy już wszystkie się przebrałyśmy, niemo godząc się na naruszenie naszej prywatności, bo panna Ball oczekiwała, że przebierzemy się w obecności pozostałych pacjentek, zabrano naszą dzienną odzież. Panna Ball wrzuciła ubrania w biały worek i opisała go moim nazwiskiem. A potem zabrała, jak stwierdziła, do pralni. W sypialni pojawiła się natomiast pani Scott, która każdej z nas podała koc, podkreślając, że to przysługa i wcześniej nie zdarzało się, by którakolwiek pacjentka otrzymywała od personelu szpitala dodatkową pościel. Potem mruknęła coś o roszczeniowych, rozwydrzonych panienkach z dobrych domów i zamknęła drzwi dormitorium. 

Weszłam do łóżka. Nie było wygodne. Materac nie chciał się dopasować, cerata znajdująca się pod prześcieradłem ziębiła, a słoma, którą wypchano poduszkę wychodziła przez poszewkę i kłuła w policzek. Mościłam się tak przez całą noc, ale nawet mimo dodatkowego koca nie potrafiłam się zagrzać. Jeszcze w ciągu dnia, siedząc na ławeczce w holu, a potem spacerując po budynku, miałam nadzieję, że odpocznę w nocy. Jak widać, nie mogłam się bardziej mylić. Co gorsza, przeszkadzał mi nie tylko chłód i twardy materac. W nocy nawiedzały nas pielęgniarki, które za wszelką cenę chciały dowiedzieć się, kim jestem. I kiedy wreszcie zrobiło się spokojniej, kiedy pielęgniarki zaszyły się w swoim saloniku, do szpitala dotarł pewien dżentelmen. Zaczął domagać się widzenia ze mną. Z kontekstu wywnioskowałam, że jest reporterem. Chciał zobaczyć moje ubranie, potem nalegał na rozmowę. Zakładałam, że to ten sam dziennikarz, który zrobił mi zdjęcie. 

— Panna Brown została już zdiagnozowana. — Stwierdził surowo lekarz. 

Znałam jego głos. To on orzekł, że jestem beznadziejnym przypadkiem. Odetchnęłam, kiedy reporter opuścił szpital. Zaraz potem panna Ball wprowadziła medyka do naszej sypialni i zapaliła światła, przyprawiając mnie i pozostałe pacjentki o ból głowy.

— Panno Brown, lekarz chce z panią porozmawiać.

Z trudem usiadłam, wciąż starając się zasłaniać oczy. Mężczyzna usiadł na skraju materaca i objął mnie ramieniem. Dopiero teraz dostrzegłam, jak jest przystojny. Jak się poruszał, jak odnosił się do personelu. Wydawał się dżentelmenem. Trudno było mi więc udawać wariatkę.

— Jak się dziś czujesz, Nellie? — zapytał z troską. 

Spojrzałam na niego łaskawszym okiem.

— Czuję się dobrze — skłamałam. Bo przecież przez ostatnią godzinę nie potrafiłam zasnąć i wzbierała we mnie irytacja.

— Ale wiesz, że jesteś chora?

Na powrót położyłam się w łóżku i odwróciłam głowę, by ukryć uśmiech. Ten sam, szczery uśmiech, którego miałam się pozbyć na życzenie pana Pulitzera.

— Kiedy opuściłaś Meksyk? — Lekarz ciągnął dalej. Chyba nie zauważył mojej reakcji na jego pytanie.

— Znasz mój dom! — zagrałam fascynację i obróciłam się w jego kierunku.

— Tak. Nie pamiętasz mnie? Bo ja pamiętam ciebie doskonale.

Próbowałam wypytać go, gdzie się spotkaliśmy, lecz nie raczył mi odpowiedzieć. Sama zachodziłam w głowę, czy faktycznie mogłam zapomnieć tak uroczą buzię. Dopytał jeszcze o kilka szczegółów, po czym zostawił mnie w spokoju. Zgasił światło i życzył dobrej nocy.

Niestety nadal nie potrafiłam oddać się w ręce Orfeusza. Pielęgniarki najpierw głośno rozprawiały o młodym lekarzu, zachwycały się jego urodą. Potem opowiadały sobie dowcipy i czytały fragmenty artykułu, opublikowanego przez mojego zleceniodawcę. A kiedy wreszcie głosy ucichły, co pół godziny lub co godzinę, sama już nie jestem pewna, przechadzały się holem, stukając obcasami o kamienną podłogę. Otwierały drzwi naszej sypialni, krążyły pomiędzy łóżkami, przyglądały się nam. Nie wiem, czemu miało to służyć, lecz z całą pewnością nie wpływało korzystnie na stan Tille Mayard, nadal borykającej się z osłabieniem. Wydawało mi się, że panna Mayard walczy z gorączką, której nota bene żadna z pielęgniarek nie zauważyła. Lub nie chciała zauważyć.

I gdy nastał ranek, moich uszu dobiegł dźwięk ubijanych jajek. Poczułam wtedy, jak bardzo jestem głodna. Zdałam sobie sprawę, że ostatni posiłek podano przed osiemnastą. Jeśli krakers i szklankę mleka można nazwać posiłkiem. 

Gdzieś z wyższych pięter usłyszałam też męskie krzyki. Nie było mowy o dalszym odpoczynku. W ten sposób minęła mi pierwsza noc w szpitalu Bellevue. Byłam wyczerpana, wygłodzona i poirytowana.

Nastała niedziela, dwudziestego piątego września. Szósta rano. Ptaki na drzewie za oknem śpiewały od co najmniej trzydziestu minut.  Miałam wrażenie, że konkurują ze sobą, jakby urządziły sobie konkurs na najładniejsze trele. Moje oczy szczypały, ale nie sposób było już pogrążyć się we śnie. Zresztą zaraz potem do sypialni wtargnęła pani Scott w towarzystwie jakiejś dziewczyny, również ubranej w czarną suknię i biały fartuszek. Młodziutka pielęgniarka bezceremonialnie ściągnęła ze mnie kołdrę i koc, natomiast pani Scott w tym samym momencie zabrała się za otwieranie okien. Zaczęłam szczękać zębami. Wtedy też ta jakże bezkompromisowa młoda pomocnica pielęgniarki rzuciła na łóżko tobołek z moim ubraniem i kazała mi się przebrać. W ten sposób potraktowano wszystkie pacjentki.

— Przepraszam! — zawołałam, kiedy włożyłam na siebie moją suknię. Pachniała świeżością, choć nigdy dotąd nie była tak sztywna. — Czy mają panie zamiar włączyć ogrzewanie?

Pani Scott zatrzymała się w pół kroku. 

— Zgodnie z regulaminem zakładu, nie możemy tego zrobić aż do października. Będziesz musiała wytrzymać, moja droga. — Powstrzymywała śmiech. Jakby cierpienie pacjentów sprawiało jej przyjemność. — Zresztą… Nawet jeszcze nie przeprowadzono konserwacji rur i pieca. Palacze mają pojawić się w przyszłym tygodniu. Ale zakładam, że… — Ugryzła się w język.

Nic więcej nie chciała już powiedzieć. Wygoniła mnie i pozostałe pensjonariuszki z sypialni i kazała udać się do umywalni. 

W łaźni było równie zimno, choć powietrze ogrzewała para, ulatująca z cynkowych mis, do których napuszczałyśmy gorącej wody i którą potem umywałyśmy twarze. Nie ukrywam, że było to najprzyjemniejsze, czego doświadczyłam w Bellevue. Po porannej toalecie zaproszono nas na śniadanie. Choć z zaproszeniem miało to niewiele wspólnego. Tym razem panna Ball otworzyła drzwi łaźni, wpuszczając do wewnątrz lodowate powietrze. A że część kobiet nie była w pełni ubrana, raz jeszcze narażono nas na przeziębienie i naruszono naszą prywatność.

Na stołach w jadalni czekały już naczynia z czymś w rodzaju zupy. Nie muszę chyba dodawać, że wywar był zimny. Zresztą bliżej mu było do galaretki, pokrytej z góry zbielałym tłuszczem. 

— No, jedzcie — poleciła nam pani Scott. Próbowała nas pospieszać, choć widziałam, że nie tylko ja mam obiekcje co do podawanego jedzenia. Zaczynałam tęsknić do potraw, które serwowano w domu tymczasowym. — Na co czekacie? Przecież to rosół. Nie wybrzydzać. — Kontynuowała.

Włożyłam metalową łyżkę do talerza, ale  ta, zamiast spocząć na rancie, tkwiła w niej na sztorc. Kiedy zajrzałam do talerza, dostrzegłam wewnątrz kawałki marchewki i kurzą skórę, zatopione wewnątrz, gdzieś w głębi tego przedziwnego dania. Samo patrzenie na ten talerz mogło przyprawić o mdłości. Nie potrafiłam przekonać samej siebie, by choć spróbować. A przypomnę, niemal mdlałam z głodu. Bałam się, że jeszcze trochę i zacznę się słaniać na nogach. 

Teraz stan panny Mayard wydawał mi się zrozumiałym. Jakże łatwo było o przeziębienie czy nawet poważniejszą chorobę, kiedy posiłki podawane w szpitalu nie nadawały się do spożycia.

Nim śniadanie dobiegło końca, w drzwiach jadalni pojawił się ten sam doktor, który nawiedził naszą sypialnię w nocy. Przystojny mężczyzna, któremu żadna z pracownic szpitala nie potrafiła się oprzeć. Wszystkie zerkały na niego z lubością. Nawet Mary przerwała sprzątanie, by zerknąć na lekarza.

Ponownie podszedł do mnie. Widać, coś nurtowało go w mojej skromnej osobie. Być może myśl o tym, że kiedyś mnie spotkał nie dawała mu spokoju. 

— Powiedz mi raz jeszcze, jak się nazywasz?

— Nellie… Moreno — zażartowałam. Właściwie nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

— Wcześniej podałaś inne nazwisko. Przedstawiłaś się jako panna Brown. Jest ku temu jakiś powód?

Wzruszyłam ramionami.

— Nie wiem. Dla żartu. Nie miałam zamiaru tu przyjeżdżać. Przywieźli mnie karetką i zamknęli. Wbrew mojej woli. Chcę stąd wyjść. Pomoże mi pan doktor? — zapytałam kokieteryjnie.

— Jeśli zabiorę cię ze sobą, obiecasz, że nie uciekniesz?

— Pan doktor wie, że nie mogę. — Raz jeszcze uśmiechnęłam się zalotnie, ku irytacji pani Scott, panny Ball i kucharki. Wszystkie miały pretensje, że lekarz rozmawia za mną.

On też to zauważył i zaraz potem zaprosił mnie do swojego gabinetu, czym jeszcze bardziej wzmógł irytację u pracownic.

— Kiedy pozostałe pacjentki zjedzą, proszę skierować je do mnie — polecił jeszcze pani Scott.

Pielęgniarka przytaknęła niemo. Kipiała z niezadowolenia, niemal się trzęsła. A kiedy przypomniała sobie, jaką pozycje w szpitalu zajmuje, zmarkotniała, by w chwilę  potem pogonić Anne Neville i resztę pacjentek, zapatrzonych w całą scenę i niechętnie grzebiących łyżkami w talerzach. Ja zaś udałam się za lekarzem i spoczęłam na krześle, które mi wskazał. Zamknął drzwi, by kontynuować wywiad. Pytał, czy kiedykolwiek widziałam twarze na ścianach. Albo czy słyszę jakieś głosy, na przykład nocą.

— Tak! — przytaknęłam ochoczo. — Są tak głośne, że nie sposób zasnąć.

Spojrzał w notatki. Powiedział coś do siebie, a potem na powrót skupił całą swoją uwagę na mnie.

— I co mówią? Te głosy?

— Cóż, nie zawsze ich słucham… ale czasami, a nawet częściej niż czasami, rozmawiają o Nellie Brown. A potem także na inne tematy, które nie interesują mnie tak bardzo — odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

— Tyle mi wystarczy. — Stwierdził i wstał od biurka. Otworzył drzwi.

— Czy mogę odejść? — zapytałam niepewnie. Wewnątrz cała dygotałam.

— Tak, moja droga. — Obdarzył mnie smutnym uśmiechem. — Pani Scott, poproszę następną pacjentkę.

Zatrzymałam się w drzwiach.

— Tu jest tak zimno, że miałabym ochotę opuścić ten szpital.

Do mężczyzny dotarły chyba moje słowa, bo spojrzał na mnie ze zrozumieniem. 

— Ma panienka rację. Proszę tu podejść! — Zawołał na panią Scott. — Zimno tu. Jeśli nic z tym panie nie zrobią, pacjentki zaczną chorować. Pewnie już któraś nabawiła się zapalenia płuc.

Pielęgniarka przyjęła uwagę lekarza z należytą powagą i wprowadziła kolejną kobietę do gabinetu. Mnie zaś posadziła na ławce i przyglądała mi się z pogardą. Dzięki temu, że usiadłam obok drzwi, mogłam słyszeć, jak lekarz sprawdza zdrowie psychiczne pozostałych pań i panien. I ku mojemu rozczarowaniu, wizyta wyglądała w każdym przypadku niemal identycznie. Padały pytania o twarze na ścianach i głosy. Właściwie w każdym przypadku lekarz dochodził do podobnych wniosków, nawet jeśli pacjentka stwierdzała, że nie widzi u siebie żadnych objawów. Że nie ma omamów, czy to wzrokowych czy słuchowych.

Badanie zakończono około dziesiątej. Miałyśmy więc dwie godziny wolnego. O dziwno, tym razem, zgodnie z poleceniem lekarza, od razu wydano nam szale i wbrew woli pielęgniarek, poproszono, byśmy nie siedziały w holu, ale spacerowały. W ten sposób mogłyśmy walczyć z panującym wewnątrz chłodem. Udałam się więc na spacer z Anne na piętro, by pokazać jej panią Schanz, która od poprzedniego dnia zajmowała kanciapę. Nadal siedziała pochylona nad maszyną do szycia. Wpatrywałyśmy się w nią z przejęciem, bo góra ubrań nie tylko się nie zmniejszyła, ale jeszcze urosła. Teraz ta biedna, zagubiona imigrantka naprawiała również męską odzież.

Właściwie cieszyłam się, że możemy spacerować, bo w ciągu dnia do Bellevue zaczęły ściągać tłumy ciekawskich reporterów. Wszyscy pytali o Nellie Brown, szaloną dziewczynę z Meksyku. Błąkałam się więc po szpitalnych korytarzach, zakrywając twarz, tłumacząc, że jest mi zimno. Bałam się, że któryś z dziennikarzy wreszcie mnie rozpozna. 

Czasem zdarzało się, że do pielęgniarek przychodzili imigranci. Prosili o spotkanie ze mną. Szukali swoich zaginionych krewnych. Ale kiedy tylko zgadzałam się odsłonić twarz, stwierdzali zasmuceni, że mnie nie znają i oddalali się ku swoim sprawom.

Popołudniem do swojego gabinetu zaprosił mnie sam naczelnik O’Rourke. On także przeczytał artykuł w gazecie o tajemniczej, obłąkanej dziewczynie z południa. Chciał sprawdzić, czy jemu uda się ustalić, kim jestem i co robię w Nowym Jorku. Właściwie czekałam na ten moment. Wiedziałam, że jeśli go przekonam, trafię na wyspę Blackwell. Nie spodziewałam się tylko, że naczelnik sprowadzi do swojego gabinetu pomocników. Zastałam tam kilku mężczyzn i kilka kobiet. Głównie dziennikarzy, których pan O’Rourke poprosił o pomoc. Wszyscy zdawali się nad wyraz bystrzy. Bałam się, że dostrzegą moje oszustwo. Na wszelki wypadek okutałam twarz szalem. Stałam do nich bokiem, by utrudnić im zadanie.

W swoich pytaniach zdawali się niezwykle taktowni. Żeby nie powiedzieć mili. I owa uprzejmość prawie uśpiła moją czujność. Wtedy też, w kącie pokoju, zauważyłam jego. Nadal młodego mężczyznę, starającego się dojrzeć moją fizys.

— Panienka odsunie ten szalik. — Christopher Patrick Connolly zbliżył się do mnie i próbował przypomnieć sobie, skąd może mnie znać.