Opowiadanie – Ścieżka życia

To ciekawe, ale nikt, kogo dotychczas spotkałem, nie pamiętał początku swojej podróży. Wspomnienia zawsze dotyczyły jakiegoś wydarzenia już po wyruszeniu w drogę. Idąc stopniowo pod górę, mijając kolejne buki, stąpając po żółknącej od jesiennych liści ściółce, zaczynam myśleć, że być może nie było żadnych przygotowań i pożegnań.

Moje pierwsze myśli, a przynajmniej te, z których zdaję sobie sprawę, wiążą się z Damianem i Irką. Damian zawsze wolał drogę na skróty, nie był ambitny. Nie miał może tak dobrego startu jak ja, czy Irena, ale oboje z koleżanką próbowaliśmy go podciągnąć. Ofiarowałem mu pas, Irka wręczyła mu kapelusz i manierkę. Pokazaliśmy, jak powinien pakować rzeczy, jak stawiać stopy na kamieniach porośniętych mchem, jak chodzić po drewnianych stopniach wilgotnych od porannej rosy. Mimo to ruszył doliną, nic nie robiąc sobie z naszych starań. Tak było mu wygodniej.

Irka opuściła mnie mniej więcej w tym samym momencie, kiedy Damian wymknął się z obozu. O ile po nim spodziewałem się takiego zachowania, o tyle odejście Ireny było dla mnie dużą niespodzianką.

Pewnego wieczoru stwierdziła, że lubi moje towarzystwo, ale musi zdecydować się na własną drogę, chce iść wyżej. Mi było dobrze na tej ścieżce, którą akurat podążaliśmy. Dlatego przy pierwszej lepszej krzyżówce ucałowała mnie i pożegnała. Od tamtej chwili wędruję sam.

Czasem mijając porośnięte gęstwiną niecki, spoglądam w dół, licząc, że gdzieś tam zobaczę Damiana. Idąc zaś u podnóża góry, zastanawiam się, czy Irena tak samo spogląda na mnie z jakiegoś dalekiego szczytu.

Koniecznie sprawdź moje inne opowiadania!

Samotność nie przeszkadzała mi w marszu, nie przez pierwszą część drogi. Dopiero od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie marnuję czasu. Mógłbym robić coś jeszcze, jakoś się rozwijać. Z wolna zaczyna mnie nużyć podziwianie majaczących w oddali gór i jeszcze odleglejszych miast. Jedyną rozrywką, która jeszcze sprawia mi jakąkolwiek radość jest rozmowa z mijanymi ludźmi. Niestety są to przeważnie kilkuminutowe pogawędki, po których albo ja, albo oni, wysyłają sygnał, że chcą dalej iść sami.

To dość dziwne, bo przez większość czasu zapewne czują to co ja, ogarniającą pustkę, brak sensu i ból. Tak bardzo ciągnie nas do drugiej osoby, ale kiedy wreszcie już ją spotykamy, zamieniamy kilka słów i idziemy dalej. Nawet nie decydujemy się spojrzeć w twarz mijanej osoby.

Raz zdarzyło mi się zamienić więcej niż słowo z człowiekiem na szlaku. Młody chłopak, ambitny, widać było, że wybrał trasę ponad swoje siły, nie wiedział, co powinien zabrać ze sobą. Zatrzymałem się, pomogłem mu przepakować plecak i ruszyłem przed siebie.

Przez jakiś czas zastanawiałem się, dlaczego ludzie biorą ze sobą tyle rzeczy. Kupują te wszystkie ułatwiacze, które zamiast pomagać, zajmują dodatkowe miejsce; więcej ważą i wybijają z rytmu. To dość interesujące, bo tak czy inaczej, nie ważne jak prędko, wszyscy spotkają się w jednym miejscu. Usiądą na koniec podróży przy jednym ognisku, uśmiechną się do siebie i będą biesiadować.

Po minięciu jednego z wyższych wzniesień na trasie, takiego, o którym mówią wszyscy przed i po jego zdobyciu, spotkałem dziewczynę. Cudną jak wschód słońca nad polem żyta. Śmiejącą się niczym kaczeńce, obdarzające swoim urokiem mijającego je piechura. Nie mogłem się nie zatrzymać, żeby z nią porozmawiać. Czułem, że jeśli tylko ją minę, pozdrowię i zostawię za sobą, zgubię coś, czego już nie da się znaleźć. Mam wrażenie, że i ona poczuła coś podobnego. Usiedliśmy na rozstaju dróg, gdzie jedna ścieżka wiodła w dół, prosto, by później rozdzielić się na szlak wschodni i zachodni, zaś druga wiła się ku górze. Wspinała się wokół szczytu, by dalej swobodnie prowadzić wędrowca połoniną, pomiędzy czerwieniącymi się polami.

Nie musieliśmy nawet rozmawiać. Ramię w ramię podążyliśmy ku górze. Pewnie, choć nieśmiało. Lekko dygoczące nogi nie były objawem zmęczenia, ale ekscytacji, której do tej pory nie miałem okazji poznać. Wcześniej zastanawiałem się na wędrówką z kimś, widziałem nawet grupy wędrowców. Czasem zdarzało się, że spotykałem mężczyzn raz po raz wędrujących z innymi kobietami, ba, nawet z innymi mężczyznami. Ale to nie było dla mnie. Odnosiłem wrażenie, że to wszystko było dla zabicia czasu; zaspokojenia tego głodu, tej pustki, która przed zdobyciem najwyższej z gór paliła nas wszystkich.

Od tamtej chwili razem z Martą wędrowaliśmy wspólnie. Skocznie, niemal śpiewając. Baliśmy się czasem, czy wystarczy nam wody, były nawet okresy, że musieliśmy ją racjonować. Zdarzało się, że odstępowałem Marcie moją porcję, choć ona o tym nie wiedziała. Widziałem, jak ciężko znosiła niektóre podejścia i za wszelką cenę chciałem, by dotarła do celu bez większych kłopotów. Raz ja pomagałem jej przeskoczyć przewrócone drzewo, raz ona podtrzymywała mi głowę, kiedy zasypiając, starałem się nie spaść twarzą w błoto.

Razem wędrujemy już dłużej, niż robiliśmy to samotnie. Jesteśmy daleko za półmetkiem. Trasa powoli wije się ku dolinom. Czuję też, jak powietrze robi się chłodniejsze. Słyszałem nawet o pierwszych przymrozkach. Oboje z Martą czujemy się nieco oblali. Nie boimy się jednak końca podróży. Zastanawiamy się tylko coraz częściej, kto oznaczył te drogi. Ilu ludzi przed nami tędy szło. Czy nie zmarnowaliśmy czasu, idąc czasem w milczeniu i bezczynności. Czy mogliśmy wybrać jakąś inną drogę i czy cokolwiek by to zmieniło. Bo ostatecznie chodzi o to, żeby dotrzeć do końca. To tam okaże się, czy szliśmy tak, jak tego od nas oczekiwano.

Scroll Up