Nonkonformistyczna izolacja

Jeszcze miesiąc wcześniej, kiedy za zarządzanie zespołem, w którym akurat pracowałem odpowiedzialna była siostra szefa, stoliki w biurze stały obok siebie, zbite w kupę, tworząc coś na wzór open-space’u. Tak przecież nieefektywnego i znienawidzonego przez pracowników korporacji, pożądanego zaś przez małe, polskie firemki, dążące do uzyskania statusu PSEUDOkorporacji. To jednak zmieniło się z chwilą zawitania do zespołu nowej kierowniczki.

Marta — imię zmieniłem celowo — od samego początku wydawała się w porządku. Po kilku dniach zauważyła, że nikomu nie pasuje aranż. Wspólną decyzją ustawiliśmy biurka w duże koło, zostawiając na środku sporo miejsca. Może to marnotrawstwo, ale nikt z nas nie rozumiał w tamtej chwili, po co kilkunastu ludziom tak duża przestrzeń.

Oprócz zagospodarowania biura, Marta odpowiedzialna była również za wprowadzenie do działu swoistego luzu. Dawniej przychodziliśmy do roboty, nie do pracy. Nie było w tym przyjemności, a kiedy tylko robiło się swojsko, poprzednia menedżerka projektu — cholera mnie bierze, kiedy słyszę takie nazewnictwo, ale i tak wolę je od wszystkich managerów ds. koordynacji teamem — próbowała swoim pozornie groźnym spojrzeniem przykręcać śrubę.

W złym guście było więc prowadzenie jakichkolwiek rozmów nie związanych z pracą. Wyjątek stanowiły kilkuminutowe wypady do kuchni po kawę. Mógłbym napisać, że chodziliśmy po herbatę, ale przecież każdy w takim miejscu pije dyniowe bezkofeinowe latte. Tak po prostu trzeba. Inni tego wymagają, jak stosowania odpowiedniego nazewnictwa. Już nie wykonujesz poleceń tylko odhaczasz taski. Nie masz już terminów, ale deadline’y. A jak zrobisz coś źle, jest fuck-up, a nie dywanik u szefa.

Zanim jednak do agencji zawitała Marta, szefostwo wpadło na pomysł organizacji firmowej wigilii. Pewnego słonecznego, mroźnego południa do budynku wynajętego specjalnie na potrzeby naszego zespołu dotarł brat menedżerki, szef nad szefami. Zdobywca świata, którego jednakowoż nie było stać na opłacanie składek ZUSowskich swoim pracownikom. Przywitał wszystkich i podzielił się informacją o wyjeździe. Strój smart casual, obecność obowiązkowa.

W piątek pod siedzibą główną firmy — znajdującą się trzy ulice dalej — dwa autokary miały zabrać nas oraz ludzi z pozostałych teamów do Wrocławia, oddalonego od miasta, w którym pracowałem o ponad sto sześćdziesiąt kilometrów.

Niemal każdemu z mojego zespołu nie podobał się ten pomysł, zwłaszcza na cztery dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Zapakowaliśmy się niechętnie do autokaru i skierowaliśmy do hotelu wzniesionego w centrum Dolnego Śląska, by w piątkowy przedbożonarodzeniowy wieczór słuchać przechwałek szefostwa na temat rosnących cyferek i planów dotyczących wejścia na giełdę.

Gdzieś po godzinnym wystąpieniu jednego z właścicieli spółki, na salę wjechała wódka i schabowe. Prezes z dumą chodził pomiędzy stolikami, życząc anonimowym dla niego pracownikom smacznego. Ja, jako osoba, która powoli wracała do kościoła, która rozumiała znaczenie piątkowego postu, sięgnąłem po sok i sałatkę. Częstowany tanim barszczem z torebki i rybką, odmówiłem. Nie po to czeka się cały rok na domowego karpia i barszcz z uszkami, żeby potem, na siedemdziesiąt dwie godziny przed wigilią popsuć sobie owo wyczekiwanie.

Usłyszawszy o autokarze, który jeszcze przed dwudziestą drugą miał zabrać do domów pierwszą partię ludzi, ucieszyłem się. Nie chciałem czekać na dyskotekę, jaka miała odbyć się później. Co więcej, nie byłem jednym z niewielu. Co najmniej jedna czwarta zgromadzonych we Wrocławiu osób podchodziła do sprawy jak ja. Stawiła się na wezwanie i przy pierwszej lepszej okazji uciekała, by wrócić do istotniejszych dla nich spraw. Wtedy doceniłem tych, których przy pierwszym spotkaniu źle odebrałem. Zobaczyłem, że oschłość i brak rozmów nie musi wynikać z poczucia wyższości. Po tych kilku już latach rozumiem takie podejście. Czasem nawet je praktykuję. Dobry sposób, żeby nieco odciąć życie prywatne od zawodowego. I staram się nie brać pod uwagę pierwszego wrażenia.

Lubisz czytać? Koniecznie sprawdź moje opowiadania!

Darmowe opowiadania

(Nie)świąteczny wyjazd integracyjny

Inną zimową eskapadę zaliczyłem w trzeciej kolejnej pracy, w ponad dwa lata od pamiętnej wigilii z wódeczką, schabowymi i dyskoteką. Tym razem szef zaprosił nas na cały weekend do małej miejscowości w górach. Doceniłem, że było to na dwa tygodnie przed Świętami, gdzie już czuliśmy Bożonarodzeniowy blichtr, ale jeszcze nie byliśmy w zakupowo-sprzątaniowym szale. W ponad piętnaście osób zapakowaliśmy się do prywatnych samochodów. Zaopatrzeni w dobry humor i wiele, wiele butelek alkoholu, ruszyliśmy na południe. Ja trafiłem do zdezelowanego wozu razem z kolegą seowcem i wychowanym we Francji, prowadzącym auto full-stack developerem.

Kolacja była dobra. Nikt nie narzucał, co mamy zjeść, czy i co mamy pić. Niby nie kameralnie, ale jakby domowo. Być może spory wpływ na to miał tlący się w palenisku ogień przyjemnie odurzający po drażniącym skórę twarzy mrozie, który aż trzaskał, gdy stawiało się stopy w wysokich zaspach śniegu na przedkarczmianym parkingu.

W pamięć zapadła mi m.in. bitwa na śnieżki. Niemal dwudziestu dorosłych ludzi, rzucało w siebie kulkami ze śniegu. Kiedy teraz myślę o tamtym wyjeździe, w pełni dobrowolnym, gdzie każdy z nas decydował czy chce pojechać, doceniam podejście „góry”.

Chciałbym powiedzieć, że równie dobrze pamiętam późniejszą integracyjną imprezę. Koledzy z Turcji — śpiący nota bene w domku oddalonym od naszego o kilkanaście metrów — zabrali ze sobą trzy litrowe butelki Jagermaister’a na cztery osoby. Ja z kierownikiem działu SEO mieliśmy po dwa wina na głowę. Na stołach widziałem także whisky, wódkę, piwa.

Obudziłem się spragniony, głodny, a kiedy po krótkiej nocy zszedłem na dół — spałem w pokoju na piętrze — byłem również rozbawiony. Jeden z programistów zlazłszy hałaśliwie za mną, dokonał intrygującego odkrycia. Za drzwiami prowadzącymi do drewnianego holu, gdzie wszyscy zostawiliśmy odzież wierzchnią, nie było jego butów. Biegając po kuchni i salonie obudził chyba wszystkich. Przetrząsał każdy zakamarek, za nic jednak nie potrafił przypomnieć sobie, gdzie zostawił obuwie. I na cały ten raban do naszego domku wchodzi kierownik sekcji programistów. Łapiąc się za głowę, pyta o aspirynę. Programista patrzy na niego rozszalały w swojej dezorganizacji. W pierwszej chwili krzyczy, żeby nie wchodził dalej. Na butach miał pełno śniegu. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do programisty, że Turek ma na stopach nie swoje trekkingi.

Turek spojrzał zdezorientowany na własne nogi, potem na buty stojące w naszym holu i zaśmiał się, jednocześnie łapiąc na powrót za bolącą głowę.

Sobotni plan szefostwa dotyczył zwiedzania żywieckiego browaru. Na to nie miałem już ochoty. Bo o ile chciałem spróbować wieczornej integracji z towarzyszącymi mi w pracy już od ponad pół roku ludźmi, o tyle nie miałem zamiaru poświęcać im całej soboty. Zdecydowałem więc opuścić towarzystwo około południa i wrócić do domu pociągiem. Oczywiście bez proszenia kogokolwiek o pomoc. I o ile nie odczułem na sobie presji, o tyle znów miałem w głowie chore przeświadczenie, że ktoś może odebrać moje zachowanie jako ignoranckie czy nawet niewdzięczne.

Lubisz czytać? Mam dla Ciebie darmowe ebooki!

Darmowe ebooki

Finansowy przymus

Co dwa-trzy miesiące zdarzały mi się utarczki z gospodarzami kamienicy, w której wynajmujemy mieszkanie. Na ogół wina leżała raczej po drugiej stronie. Czasem konflikt był efektem mojego mesjanistycznego podejścia do świata, ale zawsze wypływał z chęci poprawy jakości życia ogółu.

Na początku listopada zauważyłem, że od dłuższego czasu był spokój, a gospodyni nie rzucała nam się w oczy, jak bywało na początku roku. Nie wychodziła do okna, kiedy wyrzucałem śmieci, co było zmianą na plus. Niestety również nie sprzątała ani przestrzeni wokół domu ani naszej klatki — za co przecież miała pobierać wynagrodzenie. Po czasie dowiedzieliśmy się, że powodem był zły stan jej zdrowia. Przyjąłem to ze zrozumieniem i ulgą. W jej miejsce zatrudniono więc nową osobę. Zdziwiłem się jednak, kiedy w drzwiach naszego mieszkania pojawiła się sąsiadka gospodyni, zbierająca podpisy pod uchwałą, wedle której świeżo upieczona emerytka miała otrzymać od mieszkańców wspólnoty pożegnalny prezent w postaci dodatkowej gotówki. Obok listy znajdowało się pole z określeniem, za jak wysoką kwotą się opowiadamy. Pani stanęła w naszych drzwiach, podpierając się pod bokami niczym superman i czekając, aż podpiszemy się na liście.

Mogę zrozumieć, że wiele z osób mieszkających w kamienicy zna byłą gospodynię kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt lat. Jestem w stanie zrozumieć chęć odwdzięczenia się za lata ciężkiej pracy — bo zakładam, że dawniej bardziej wywiązywała się ze swoich obowiązków. Ale dotarcie pod nasze drzwi z niemal pełną listą podpisów, gdzie każdy wybrał najwyższą kwotę — chyba tylko dlatego, że tak wypada — i wymuszenie na nas podpisu, nieco mnie poirytowało. Na ogół chcę o sobie myśleć jako o nonkonformiście. Tym razem się nie udało.

Jak musisz spędzić sylwestra? Po swojemu!

Przez chwilę rozważałem sylwestrową abstynencję od social mediów. Chciałem chyba uniknąć oglądania tych sztucznych uśmiechów na balach sylwestrowych, na których każdy zastanawia się, czy warto wyjść z imprezy tuż po północy. Staram się nie ulegać takim modom, a jeśli nawet podążam za trendami, wybieram te, które faktycznie mnie interesują. Zabawa sylwestrowa do owych nie należy.

Odkąd byłem w stanie wysiedzieć do północy, przełomową noc spędzałem przed monitorem komputera. Na ogół grając lub surfując po sieci. Powiem więcej, nigdy nie rozumiałem idei oglądania zabawy sylwestrowej z dwójką, na ogół było to raczej wymuszone przez telewizor, stojący w centralnym punkcie mieszkania i zachęcający zgromadzonych wokół niego ludzi do zabawy. Miniony rok był jednak inny. W naszym mieszkaniu nie ma telewizora. Nie mamy go nie dlatego, że nas nie stać czy, by czuć się fency. Nie mamy go, by nie tracić czasu na oglądanie reklam i powtórek programów narzuconych przez ramówki stacji.

Ranek zacząłem od zakupów. Jako, że nie jesteśmy całkowicie oderwani od tradycji i otaczającego nas świata, zdecydowaliśmy, że wieczór spędzimy na oglądaniu filmów i graniu w planszówki.
Wszedłem do pobliskiego dyskontu, w którym ludzie od rana biegali jak oszalali, szukając alkoholu, chipsów, napojów słodzonych i fajerwerków. Za jedyne sto pięćdziesiąt złotych mogli wystrzelić w powietrze ponad dwieście kolorowych pocisków. Przez niespełna minutę mogli podziwiać rozbłyski, które tej nocy i tak pojawiłyby się na niebie, wystrzelone jednak przez ręce sąsiada. Do tego dojść nie mogło! Przecież trzeba się pokazać, trzeba mieć rozmach. Jak w święta, zastaw się a postaw się.

Kiedy razem z żoną skończyliśmy oglądać drugi film i zrozumieliśmy, że nie sięgniemy po planszówkę, włączyłem festiwal kiczowatych piosenek. Polacy do tego stopnia pokochali sylwestrowo-discopolową zabawę, że Polsat zdecydował się wynająć helikopter, by przetransportować łysiejącego Sławomira, znanego z jednego hitu: Miłość w Zakopanem, właśnie z zimowej stolicy polskich gór na chorzowski stadion, gdzie komercyjna telewizja organizowała własną zabawę.

Przez moment skakaliśmy pomiędzy transmisją telewizji publicznej z Zakopanego a obrazem z Chorzowa. Bardziej nawet z ciekawości, niż chęci uniknięcia tandetnych piosenek. Gdzieś po półgodzinnym koncercie moja żona usnęła, ja zaś zająłem się Faulknerem. Chciałem skończyć jego książkę jeszcze w 2018 roku. Nie udało mi się, być może dlatego, że powieść, którą czytałem nie była tak wciągająca, jak znane mi seriale. Mimo wszystko wolałem zanurzyć się w miejscami przegadanej prozie amerykańskiego pisarza, niż wpatrywać się w wyświetlane co jakiś czas twarze celebrytów, słynących z tego, że są sławni, czy słuchać piosenek gwiazd, które dawno powinny zgasnąć.

A wracając do Sławomira, moim zdaniem pastisz kończy się na jednorazowym performansie. Kiedy Szymon Jachimek z dawnego kabaretu LIMO wykreował postać Mariusha, wokalisty discopolo, było zabawnie. Ale kiedy zaczął nagrywać kolejne utwory, zrobiło się na tyle poważnie, iż wszyscy zaczęli zastanawiać się, czy to wciąż jest pastisz, czy może kabareciarz poszedł w tandetę. I patrząc na postać Sławomira przez pryzmat Mariusha, słuchając zapewnień, że to jedynie rola, w którą się wciela, nie wierzę mu. Sławomir już dawno przestał być żartem. Teraz to po prostu kolejny tandeciarz, śpiewający pop kawałki i trzepiący kasę na ludziach, którzy przez trzysta sześcdziesiąt cztery dni w roku mówią, że nie lubią disco polo, a w sylwestra ubierają cekiny i skaczą pod sceną tuż obok prezesa TVP, śmiejącego się do kamery, kiedy tylko ta pokazuje jego oblicze.

Mój sposób na wolny czas

Ja wolę sięgnąć po książkę, zobaczyć film. Siedzieć w domu i pisać. Nawet jeśli mam to opłacić krzywymi spojrzeniami kolegów, którzy słysząc jak spędziłem sylwestra, co robiłem w weekend, jak wygląda mój wieczór, zastanawiają się, dlaczego jestem takim nudziarzem.

Żałuję tylko, że w dzisiejszym świecie, własny pomysł na spędzanie wolnego czasu jest powszechnie krytykowany, jeśli nie wpasowuje się w oczekiwania społeczeństwa. Żałuję, że inni próbują zabrać nam wolny czas, nawet jeśli nie bezpośrednio, to stosując zabiegi, których efektem jest strach lub poczucie winy. Żałuję, że czasem brak mi odwagi by powiedzieć nie. Nie jestem odludkiem, ale marzę o bardziej wyrozumiałym społeczeństwie, akceptującym ludzi nie wpisujących się w ich sposób urządzenia świata.

Scroll Up