Klucz

Klucz to pierwsze z opowiadań kryminalnych, którym dzielę się na swojej stronie.


Zapach mokrego asfaltu przebijał się przez krzemową warstwę irytująco migających neonów, porozwieszanych rzędem na frontowej ścianie zaniedbanego bloku. Przyjemna woń stygnącej po upale ziemi nie potrafiła zabić odoru taniego alkoholu, którego źródło stanowił bezdomny pijaczek schowany za budką z hamburgerami. Menel zgiął się w pół i zwrócił wino, które miał okazję wypić kilkanaście minut wcześniej. Przetarł usta brudną, żylastą dłonią, po czym wytarł ją o nogawkę spodni, postrzępionych u krańców i poprzedzieranych na wysokości kolan. Leszek stanął nad mężczyzną i ze zrozumieniem wyrysowanym na swej znużonej twarzy, podał mu paczkę fajek. Bezdomny podniósł się, z trudem sięgając wciąż brudną ręką po papierosa. Pierwszego włożył do ust, czerniejących od nikotyny lub od wstrzykiwania nanitów nieznanego pochodzenia, by zaraz potem złapać za drugiego i wetknąć go sobie za ucho.

— Na potem, kierowniku — powiedział.

Leszek wzruszył ramionami. Chowając do kieszeni przepoconych dżinsów paczkę Ekstra Mocnych, zerknął na maziaję przypominającą nowotwór, wymalowaną na opakowaniu przez jakiegoś nadgorliwego idealistę z bożej łaski.

— Kierownik ma ognia? — zagadnął pijak.

— Zostaw je sobie — odparł Leszek, podajac bezdomnemu zapałki. 

Meżczyzna zaciągnął się, by w chwilę potem wypuścić z płuc bezkształtny obłok dymu, z wolna unoszący się ponad dachami budek z tanim jedzeniem. Skupiony na papierosie, stracił Leszka z pola widzenia. Przez krótką chwilę stał zdziwiony, mrużył oczy, walcząc z jaskrawym, nienaturalnie silnym światłem padającym na jego twarz, by w chwilę potem usiąść na ławeczce, tuż obok krzywo stojącego słupka z rozkładem jazdy. Młoda kobieta dotychczas zajmująca część zdemolowanej ławki, spojrzała na bezdomnego. Zlustrowała go z oburzeniem i wstała, nie mogąc znieść smrodu. Pijak wyjął zza pazuchy małą buteleczkę z samogonem, schowaną na chwilę załamania, która właśnie nadchodziła. Przechylił ją stanowczo, nie zwracając uwagi na stojącą teraz obok niewiastę. Nawet neon przestał mieć znaczenie. 

Leszek niczym cień przemknął przez opustoszałą drogę, dzielącą gasnące centrum miasta od jego mieszkalnej części. Przeciął arterię, próbując ukryć swą obecność w świetle księżyca. Stanął u drzwi gwarnego baru, gdzie przywitał go znajomy, zatykający zapach papierosowego dymu sączącego się ze szczeliny tuż ponad progiem. Zachęcony, wszedł pewnie, jak do siebie. Usiadł przy ladzie, wysokiej, pociągniętej czarną farbą. Zerknął na trójkę chłopaków grających w klasyczną ósemkę. Zamówił pierwszą kolejkę.

— Dawno zaczęli? — zapytał barmana z westchnieniem, zerkając na hologramowy wyświetlacz, na którym reszta chłopaków oglądała mecz. 

Bob podał Leszkowi piwo. Zimna szklanka kłuła w dłoń. Przyjemny ból na chwilę przed wlaniem w siebie złotego płynu. Mogło zmienić się wszystko, ale lager smakował dokładnie, jak przed Wielkim Krachem.

— Pytasz o młodych, czy o mecz?

— O nich — Leszek wskazał gestem na chłopaków przy stole bilardowym.

— Godzinę temu.

Leszek mruknął niezadowolony. 

Gdzieś około północy, raz jeszcze otworzyły się drzwi. Leniwie, jakby pchał je sam diabeł, pytając czy może życzyć dobrej nocy. W świetle księżyca pojawił się student. Wszedł do wewnątrz ze zgiętym na pół dyplomem pod pachą, złamanym, niczym życiorys Leszka, patrzącego spode łba i zastanawiającego się, czy i tym razem będzie chryja. Bob również zmarkotniał, ale student tego nie zauważył. A jeśli nawet, to nie dał po sobie nic poznać. Rozsiadł się leniwie obok Leszka, na wysokim obrotowym stołku. Z wewnętrznej kieszeni eleganckiej marynarki, którą ktoś kilka sezonów temu zaprojektował na potrzeby ogólniaka do którego uczęszczał, wyjął nowego oPhone’a. Spot sprzętu wyświetlano na co drugiej holoklamie. Leszek gwizdnął z uznaniem. 

Student wziął to za komplement, zaraz potem zapytał „czy można”.

— Po chuj pytasz? — odparł Leszek.

Student stracił rezon. Bob zaś zaśmiał się pod nosem, wycierając kolejną szklankę. 

— Barman! — odezwał się po chwili chłopak. — Masz tu terminal?

Właściciel uśmiechnął się z ironią. 

— Gotówka.

Student wyjął pomarszczony banknot z wizerunkiem wąsatego staruszka, o którym do niedawna musiał słuchać w szkolnych salach. Położył pieniądze na kontuarze tuż obok telefonu, gładząc usilnie palcami, by rozprostować zagięcia.

— Polej, co masz.

— Wracaj do domu. — Bob odsunął banknot. — Tu piją wolni ludzie, bez chipów w palcach, głowach, sutkach i cholera wie, gdzie jeszcze. 

Pijaczek przechodzący obok, rozpaczliwie szukający toalety, bądź chociażby niewysokiego drzewka, rosnącego w doniczce ustawionej na podłodze tuż obok drzwi, spojrzał na studenta i kazał mu zmienić lokal. Rzecz jasna mniej kulturalnie. Nie chodziło nawet o poglądy młodego klienta, czy jego przeświadczenie o własnej wyższości. Kazał mu spierdalać ot tak, dla zasady, żeby zmyć z siebie winę za to, co miał zamiar zrobić. Leszek czując gęstniejącą atmosferę, szybko przechylił piwo. Nieco mu zaszumiało, przez co nie zdążył zareagować, kiedy studentowi puściły nerwy. Chłopak zsunął się ze stołka i siłą rozpędu uderzył w twarz czepialskiego pijaczka. Nim mężczyzna padł na ziemię, zatoczył koło i po kilku krokach przewrócił się na stolik zastawiony brudnym szkłem. Leszek nie czekał, aż zbiegnie się reszta, wiedział, że pobiją młodego do nieprzytomności. Złapał studenta za kołnierz i wyniósł za próg. 

— Moja stówa! — krzyknął chłopak, wierzgając nogami kilka centymetrów ponad podłogą.

— Będzie na szkło — powiedział półgębkiem Leszek. Na odchodne chciał przemeblować studentowi twarz, tak żeby już nie wrócił, ale po namyśle tylko spojrzał w jego oczy i pomachał mu pięścią przed nosem.

Twarz chłopaka przybrała jednak, co zaskoczyło Leszka, innego, bardziej wyniosłego wyrazu. Zrobił się pewny siebie, niemal arogancki.

— Sandra miała rację — student zaśmiał się pod nosem, wiedząc, że tymi ledwie kilkoma słowami zrobi wrażenie na Leszku.

— Niedoszły były? — Leszek zastygł.

Student pokręcił głową.

— Powiedziała mi, że załatwiasz sprawy — student stał twardo na nogach i patrzył w twarz barowego ochroniarza. Bezczelnie, prowokacyjnie, niemal obraźliwie. Bez jakiegokolwiek respektu, choć Leszek w każdej chwili mógł roztrzaskać jego głowę o asfalt. 

— Co to za sprawa?

Chłopak wyciągnął z kieszeni mały, kanciasty przedmiot. Metalowy, chłodny w dotyku. Na jego powierzchni odbijało się światło neonu migającego nad drzwiami pubu.

— To przenośna pamięć — powiedział. — Przechowaj mi ją.

— Co tam jest? I ile dostanę?

— Po sprawie założymy ci czyste konto z dziesięcioma tysiącami. Nie będziesz już musiał pić w spelunie dla marginesu. Wystarczy?

— Pierdol się — odparł grzecznie Leszek. — I niby kto założy to konto?

— To nie powinno cię interesować. Bierzesz?

Leszek schował przedmiot do kieszeni. 

— Nie znasz mnie, nie było tej rozmowy. Jak będą pytać, dałeś mi w twarz
i kazałeś… Sam wiesz najlepiej.

Leszek zrobił tak, jak chciał student. Wrócił do baru, wypił następną kolejkę i nikomu nic nie powiedział. Siedział zamyślony, jak to on, popijając piwo i czekając na swoją kolej przy bilardowym stole.

Nazajutrz Leszka obudził ból głowy. Mimo dawno minionych czterdziestych urodzin, których zresztą nawet nie pamiętał, wciąż nie znał umiaru. Wydawało mu się, że wie, na ile może sobie pozwolić. Zatęchłe powietrze w jego kilkunastometrowej kawalerce również nie pomagało. W całym mieszkaniu śmierdziało niezmienianą, przepoconą pościelą i moczem. Po raz kolejny Leszek po pijaku musiał naszczać na dywan. Z trudem podniósł się z materaca. Otworzył okno, ale i to nie pomogło. Z zewnątrz trąciło smrodem z klimatyzacji pobliskiego sklepu mięsnego. Zamknął okno, wolał siedzieć w oparach własnej uryny, niż dusić się od zapachu gnijącego drobiu. 

Wypił przedwczorajszą kawę, która zdążyła już skwaśnieć. Skoczył na łóżko i włączył domowy hologram. Nie płacił za przekaz, zostały mu trzy darmowe kanały. Na pierwszym i drugim puścili retransmisję porannego programu dla gospodyń domowych, na trójce zaczynały się wiadomości. Leszek miał wyłączyć holowizor, ale zobaczył znajomą twarz. Przemądrzałego studencika. Chłopaka zastrzelono kilkadziesiąt metrów od baru, w którym on poprzedniego wieczoru zapijał sumienie. Pił tak, że nie słyszał strzału. Wypił tyle, że wracając do domu, nie zauważył plam krwi ciągnących się wzdłuż i w poprzek ulicy, czy ludzi zbiegających się wokół trupa. Wypił tyle, że dopiero teraz dostrzegł swoje zabryzgane juchą buty i czerwone ślady ciągnące od drzwi aż do łóżka.

W kieszeni kurtki znalazł mały, metalowy gadżet. Chciał go wyrzucić. Był już zbyt stary, by wierzyć we wszystkie zasłyszane opowieści i obietnice. Student jednak wymyślił ciekawą bajeczkę. Leszek spojrzał na przenośną pamięć, na której miały znajdować się informacje, za które ktoś zdecydował się zabić. Bo w tej chwili tylko to wydało się Leszkowi dobrym powodem. Schował pendrive’a do kieszeni i postanowił nie tracić czasu. Wyściubił swój połamany i źle zrośnięty nos poza zatęchłe em-półtora. Kiedy jego twarz oblał promień przedpołudniowego słońca, ktoś przyłożył zimną lufę glocka do jego zarośniętego policzka. Ale Leszek był do tego przyzwyczajony. Nie pierwszy raz czuł na twarzy metaliczny chłód broni, choć rzadko komu faktycznie udawało się tak go zaskoczyć. 

Leszek tylko szturchnął napastnika. Niespełna trzydziestoletni mężczyzna postury głodującego Libańczyka zachwiał się, a potem upadł na chodnik, głową zahaczając o stopień schodów prowadzących do klatki. Buty Leszka znów stały w karmazynowej, lepkiej kałuży.

— Kurwa — powiedział do siebie. — Robię się na to za stary.

Napastnik oburzyłby się, gdyby nie pośmiertne drgawki, które akurat w tym momencie wstrząsały jego ciałem. Leszek nie mając wielkiego wyboru, przetrzepał ubranie jeszcze ciepłego nieboszczyka. Nie znalazł wiele, niemal pusty portfel, kartę członkowską Klubu Miłośników Staroci i zdjęcie czwórki znajomych. Pomiędzy gasnącym przed Leszkiem mężczyzną a studentem, którego ktoś rozwalił poprzedniej nocy, stała młoda kobieta, brunetka. Leszek znał ten typ. Wiedział, że jest niebezpieczna. Kiedy tylko zobaczył ją na fotografii, pomyślał, że może być rozwiązaniem tej sprawy. Jego uwagę przykuła także twarz drugiej, widocznej na zdjęciu kobiety. Znał ją aż za dobrze, choć nie sądził, że będzie mu dane spotkać ją raz jeszcze.

Sandra mieszkała w zagraconej kawalerce, którą kilka lat wcześniej, kiedy jeszcze była narzeczoną Leszka, kupili i urządzili jej rodzice. Co dla niego wydawało się dziwnym, teściowie polubili go już przy pierwszym poznaniu, choć on ze wszystkich sił starał się zrobić na nich jak najgorsze wrażenie. Nie udało się, i mimo że rodzice Sandry byli chorobliwie bogobojni, zaakceptowali ich niesformalizowany związek. Przygotowali dla młodej pary wygodne gniazdko. Leszek sobie z tym nie poradził. Wtedy pewien był, że nic nie może stanąć pomiędzy nim a Sandrą, wystarczyło jednak wspólne życie, by w kilka tygodni później pozbierał rzeczy do kilku reklamówek i wyprowadził się do hotelu.

Teraz na powrót stanął pod dębowymi drzwiami, gdzie wycieraczka ochoczo witała nieznajomych niezrozumiałym dla niego welcome. Leszek nie potrafił pojąć, czym Sandra kierowała się przy jej wyborze. Akceptował zachcianki ukochanej, bo wiedział, że każdy przemilczany drobiazg, każde wspólne zakupy kończyły się w łóżku. Lecz tamto minęło. Teraz mógł z żałością wpatrywać się w napis pod stopami, czekając, aż ktoś otworzy drzwi. Wcisnął dzwonek zbyt mocno, tak, że po drugiej stronie dzwoniło do chwili, w której przycisk odskoczył. Z wnętrza dobył się stłumiony krzyk:

— Zaraz, do cholery!

Leszek stanął obok drzwi. Naparł plecami na ścianę. Zrobił to specjalnie, wiedział, że Sandra widząc go przez judasza, nie odważyłaby się otworzyć.

— Kto tam? — zawołała pytająco. 

Zaraz potem bezmyślnie wychynęła poza próg z maseczką na twarzy i głupio rozwartymi ustami, wciąż noszącymi ślady po ubiegłotygodniowym botoksie. Leszek stał z papierosem w ustach i czekał, aż była narzeczona rozpozna jego twarz, wykrzyczy mu żale. Sandra udała jednak, że nikogo nie zobaczyła. Szybko schowała głowę w mieszkaniu i pociągnęła za klamkę. Leszek wsunął dłoń między drzwi a framugę. Wydało jej się, że zmiażdżyła jego masywną dłoń, chciała tego, lecz Leszka to nie wzruszyło. Drzwi odbiły się z impetem, a on spokojnie wszedł do mieszkania, rozmasowując obolałe śródręcze siniejące niczym jaja po ostatnim razie z prostytutką.

— Czego ty chcesz? 

Zrobiło mu się głupio, że po tylu latach wpada z odwiedzinami, mając za powód wyłącznie własne sprawy. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki starą fotografię.

— Znasz go? — Wskazał palcem na studenta — Albo ją?

— I tylko po to tu przylazłeś?

Wzruszył ramionami.

— Liczyłaś na coś więcej?

Teraz ona zagrała obojętną. Oddała mu zdjęcie.

— Znam ich. Ona mieszkała ze mną przez kilka miesięcy, a ten młody ją odwiedzał.

— Wiesz gdzie ją znajdę?

Sandra spojrzała zazdrośnie, choć zaraz potem przybrała obojętną postawę. 

— Nie! Czego od niej chcesz?!

Wypchnęła Leszka za próg mieszkania. Wzięła zamach i trzasnęła drzwiami. Pozwolił jej na to.

— On nie żyje — powiedział spokojnie. — Ten drugi też. A jak nie pomożesz mi jej znaleźć, to nie wiem, czy i ona… 

Po krótkiej chwili Sandra uchyliła drzwi i nie patrząc w twarz Leszka, podała mu kartkę z adresem. 

— Tam ją znajdziesz. Pracowała tam.

Adres z kartki okazał się małym pokoikiem nad burdelem, który kilkadziesiąt lat temu był prężnie działającym teatrem. Teraz szyld z wypisanym spektaklem wieczoru zastępowały imiona dziewczyn do wzięcia. Hologramy nad drzwiami migały w trójwymiarze i zachęcały do wstąpienia. Leszek miał w głębokim poważaniu dom uciech, chciał dostać się na górę niezauważony. Zaszedł budynek od tyłu, gdzie wciąż znajdowały się stare przeciwpożarowe schody. Wiedział że tam są, pamiętał o nich z czasów młodości, kiedy wspinał się z kolegami na zaplecze, żeby podglądać pary uprawiające seks. Pociągnął za ostatni szczebel. Drabina zjechała z impetem, robiąc przy tym nieco hałasu.

Na pierwszym piętrze nie było nikogo. Sami dyszący faceci na anorektycznych ćpunkach, zarabiających na kolejną dawkę tym, czym obdarzyła je matka natura, czy może tym, co z dobroci zostało po długich latach przypalania haszu i wstrzykiwania sobie wszystkiego, co miało na etykiecie wyrysowany symbol czaszki. Leszek szybko wszedł na drugie piętro. Kiedy dotarł do trzeciego okna, licząc od schodów, przystanął. Zajrzał do wewnątrz. Na łóżku siedziała kobieta podobna do brunetki z fotografii. Długie, ciemne i falujące włosy opadały w nieładzie na jasne piegowate ramiona. Leszek mimowolnie wpatrywał się w kobietę. Liczyła pieniądze, przytrzymując banknoty palcami ozdobionymi w długie czerwone tipsy. 

— Gdyby tylko zerknęła w okno — pomyślał. 

Ale nie zerknęła. Skończyła liczyć, wrzuciła banknoty do kopertówki
i zarzuciła na ramiona stare wypłowiałe futro z norek. 

Leszek zbiegł na parking. Wiedział, że ONA zaraz się tam pojawi. Ktoś taki nie korzysta z transportu publicznego, zwłaszcza, jeśli pod pachą niesie kilka tysięcy w wysokich nominałach. Przyczaił się w cieniu, za kontenerem na śmieci pełnym zużytych kondomów. Zaraz potem odgłosy ulicy przeciął stukot kobiecych obcasów. Jej chód, niczym lekarski skalpel wtapiający się w ciało trupa w pobliskiej hurtowni skór, jedynie symbolicznie mianowanej szpitalem, penetrował parking. Kiedy brunetka dotarła do samochodu i zaczęła
w pośpiechu szukać kluczyków, ktoś do niej podbiegł. Odruchowo złapała za torebkę. Mężczyźnie nie o to chodziło. Upadła na ziemię, łamiąc obcas i wykrzywiając boleśnie stopę. Napastnik wyjął z kieszeni pistolet. Mały, z rączką ciepłą od kurczowego ściskania w kieszeni. Wycelował. Już chciał wcisnąć spust, kiedy Leszek stanął za jego plecami i niemal od niechcenia uderzył napastnika w kark. Pistolet wystrzelił w powietrze, a mężczyzna padł na ziemię nieprzytomny.

— Nic pani nie jest? — zapytał Leszek. 

— Dziękuję… — pokręciła głową wystraszona kobieta.

— On się zaraz ocknie. Lepiej niech pani stąd odjedzie. Może pani prowadzić? — Leszek podał jej rękę. 

Zająknęła się. 

— Niech pani wsiada. Powie pani dokąd.

— Dziękuję. Ja naprawdę… — rozpłakała się. — Ja naprawdę nie wiem, kim jest ten człowiek. 

— Spokojnie. Jak pani na imię? 

— Majka.

Leszek uśmiechnął się. Dostał to, na czym mu zależało. Miał okazję przyjrzeć się brunetce i upewnić, że to osoba, którą zobaczył na fotografii. 

— Skąd pan się tu wziął? — teraz ona zapytała.

Leszek odburknął coś o krzykach i zamieszaniu. Nie chciał brnąć w kłamstwo. Szybko zajął miejsce za kierownicą. Musiał tylko wjechać na autostradę, by mieć pewność, że kobieta nie ucieknie. Udał skupienie i kiedy rozpędził do pięćdziesiątki stary model Peugeota, wyjął zdjęcie z wewnętrznej kieszeni kurtki. 

— Skąd pan to ma?

— Chłopak, przy którym to znalazłem, nie żyje.

Majka zakryła usta. Leszek starał się ją obserwować, ale jadąc, nie był
w stanie w pełni ocenić szczerości jej postawy. 

— Ten drugi coś mi dał — stwierdził. — Ja chciałbym dowiedzieć się, co to jest i dlaczego ten przedmiot wart jest zabicia dwóch osób.

— Jak to, dwóch?

— Ten drugi też nie żyje.

Dla Majki było to zbyt wiele. Zapłakała raz jeszcze.

— Byli dla pani bliscy?

— To… moi bracia. 

Leszka trochę to zaskoczyło. Spodziewał się, że przynajmniej jeden z nich był jej kochankiem. Mężem. Kimś znacznie bliższym.

— Wie pani, co to? — z trudem wyjął z kieszeni przenośną pamięć.

Majka położyła dłoń na ręce Leszka i kazała wsunąć mu z powrotem. W jednym momencie uspokoiła się i kazała jechać na róg Starej Dworcowej i Mielęckiego, gdzie ulica z jednej strony przechodziła w tunel, a z drugiej w wąski deptak prowadzący niemal pod samo muzeum.

Mieszkanie Majki było urządzone w klasycznym stylu. Dwa czerwone fotele ustawione frontem w kierunku kominka, pomiędzy nimi stał stolik, na którym Leszek dostrzegł srebrną tacę z dzbankiem po herbacie, butelkę whisky i dwie szklanki.

— Napijesz się? — zapytała.

Leszek nie chciał. Miał zasady, a jedną z nich było utrzymanie trzeźwego oglądu, jeśli nie był pewien, jak wróci do siebie. Kobieta podeszła do stoliczka i nalała sobie Jacka Danielsa. Podniosła mały pilot, skierowała go w stronę kominka i jednym przyciskiem rozpaliła ogień. Rozsiadła się wygodnie w fotelu.

— Włącz proszę stereofon — rozkazała, wskazując palcem na urządzenie znajdujące się na komodzie pod oknem.

Leszek podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Czerni nocy nie rozmył nawet blask padający z pobliskiej latarni. Wokół panowała martwa cisza, jak gdyby wszyscy ludzie zniknęli, a on został sam na sam z Majką. Mógł zrobić cokolwiek, ale przeniósł tylko igłę na winylową płytę i wsłuchiwał się w przypadkowe dźwięki wypadające z tuby stereofonu, które po kilku minutach ułożyły się w całkiem przyjemną melodię. Idealną do deszczu, stukającego leniwie o metalowy parapet i brudnej od smogu szyby.

— Co ci obiecał? — Majka zapytała Leszka znacznie poważniej. — Mój brat.

Leszek wyczuł zmianę tonu w jej głosie.

— Dziesięć tysięcy na czystym koncie.

— Uwierzyłeś mu?

Leszek złamał się. On również podszedł do stoliczka i nalał sobie whisky.

— Na początku nie, ale nie zabija się kogoś w taki sposób bez powodu. Jego mózg leżał…

Majka obróciła głowę. Chciała zapytać o śmierć drugiego z braci, ale zaniechała tego. Leszek widział, jak starała się być ostrożna, jak waży każde słowo.

— Nie wierz w to — stwierdziła. — Nigdy nie było żadnych dziesięciu tysięcy. Chciał się tego pozbyć. Obaj chcieli.

— Co tu jest? 

— Hasło.

— Hasło?

Majka przechyliła szklankę niczym stały bywalec baru Boba. 

— Właściwie program, generujący dostęp do serwera. Jeśli trafi w odpowiednie ręce, nie będzie już całej tej szopki. Wszystko wróci do normy.

— Chcesz mi powiedzieć…

— Tak. Wystarczy, że ktoś TAM wejdzie i zniszczy wszystko, co znajdzie. Dostałeś do rąk klucz, który może zmienić dzisiejszy świat.

— Ja go zabiłem — powiedział. — Twojego drugiego brata.

— Wiem. — Obróciła się w stronę Leszka, trzymając w dłoni mały niepozorny pistolecik. — Dziękuję.

Ktoś zapukał do drzwi. Starszy mężczyzna, na oko sześćdziesiąt lat, szczupły z zapadniętymi nieogolonymi policzkami. Ten, który napadł na Majkę na parkingu.

— Oddaj to — wychrypiał, celując w twarz Leszka z pistoletu, drugą ręką rozmasowując bolący kark.

Leszek wyjął z kieszeni pamięć i położył na stoliczku, tuż obok butelki Jacka Danielsa. Majka zaraz ją złapała.

— Skąd wiedziałaś? — zapytał spokojnie.

Na jej twarzy wyrysował się grymas znużenia mieszającego się z triumfem.

— Sama go do ciebie wysłałam. Mojego brata. Nie było lepszej okazji, żeby pozbyć się tych dwóch tchórzy. Potem wystarczyło czekać, aż pojawisz się na białym koniu. Sandra dobrze cię opisała.

Uśmiechnął się w duchu. Przeczucie go nie zawiodło, choć przez chwilę pozwolił sobie na zbyt wiele.

— A teraz proszę tam — przerwał im starszy mężczyzna. — Grzecznie, z rękami na wierzchu — machnął lufą w kierunku sypialni.

Leszek posłusznie wszedł do pokoju. Lecz kiedy tylko starszy jegomość sięgnął po klucz, on naparł na drzwi. Staruszek stracił równowagę i upuścił broń, którą zaraz złapał Leszek. Chwycił starego pod drugą rękę i przyłożył lufę do jego starczej spoconej, nerwowo pulsującej skroni.

— Połóż pistolet na ziemi i kopnij w moją stronę — rozkazał Majce. —
A potem wsuń mi pamięć do kieszeni.

Zrobiła, co chciał. Czując się pewniej, rzucił starym o podłogę. Majka nie zdążyła zareagować, bo Leszek stał już obok niej. Uniósł rękę i spoliczkował. Nim zdążył wyjść, dostrzegł na skórze jej złamanej szczęki czerwieniejący zarys dłoni.

Deszcz rzęził o blaszany dach przystankowej wiaty. Leszek stanął w rogu, gdzie dach przeciekał najmniej. Obserwował deptak, rozciągający się wzdłuż nowej galerii, ale nigdy do niej nie wchodził. Targowi sprzedawcy moknęli pod straganami tuż obok. Między sporadycznie pojawiającymi się klientami, stali wpatrzeni w oszklony budynek i zastanawali się, czy wybrali właściwą drogę. Zwłaszcza przed świętami, kiedy tysiące bezmyślnych zbieraczy przelewało się przez obrotowe drzwi prowadzące do przestronnego holu, a dalej do dziesiątek markowych sklepów udekorowanych w świąteczne, nic już nieznaczące ozdoby. 

Leszek spojrzał na smutne twarze ludzi sterczących za bazarowymi szczękami. Wsunął dłoń do kieszeni. Wiedział, że jeśli coś z tym zrobi, unieszczęśliwi tych, którym wydaje się, że mają wszystko. Wyjął pamięć
z kieszeni i trzymał przez chwilę nad studzienką. 

— Nikt nie powinien mieć takiej władzy — pomyślał.

Bob czekał na Leszka, a kiedy zauważył go wchodzącego niezdarnie przez drzwi, szybko nalał zimnego piwa. Leszek usiadł przy kontuarze. Wyjął z kieszeni mały przedmiot i zakręcił nim kilka kółek na ladzie.

Barman stał chwilę nad Leszkiem, wpatrując się w jego dłoń.

— Co tam masz?

Leszek wzruszył ramionami. 

— Pamiętasz tego studenta? Tego zbieracza z pomiętą stówą? Dał mi to. Podobno trafił do mnie przez Sandrę. Twierdził, że jak mu to przechowam, to ktoś da mi dostęp do konta z dychą.

— Cholera, ci młodzi mają wyobraźnię.

Leszek napił się piwa.

— Po naszej rozmowie ktoś go załatwił. 

Bob odstawił wycieraną szklankę. 

— Mówił prawdę? 

— Może. Rodzona siostra go sprzątnęła.

Bob podrapał się w łysiejącą głowę, jakby chciał coś sobie przypomnieć. Wreszcie nachylił się nad Leszkiem.

— Stary! Rano było tu dwóch gości z Banku Wirtualnego Pieniądza.

Leszek przechylił piwo. Położył pendrive’a na ladzie. 

— Przechowaj mi to. Nie mogą tego przy mnie znaleźć.

Bob zabrał przedmiot bez zbędnych słów. Leszek podniósł się ze stołka, sięgnął po kurtkę przewieszoną przez oparcie i chciał wyjść. Jednak nim zdążył zrobić krok, w progu pojawiłlo się dwóch elegancko ubranych mężczyzn. Na wysokości paska, pod marynarką obu, widać było wybrzuszenie. Kolbę pistoletu. Zrobili Leszkowi miejsce, przepuścili w drzwiach i wyszli tuż za nim. Bobowi wydawało się, że już go nie zobaczy.

Za oknami autonomicznego samochodu migały holoklamy, namawiajace do zaciągnięcia długu na kilka tysięcy punktów. Leszek nie zwracał na nie uwagi. Wpatrywał się w mijane z dużą prędkością, migające światełka wyznaczające krawędź jezdni. Za w pełni przezroczystą, krzemową szybą, oddzielającą tylną kanapę od przednich foteli, siedzieli bankierzy. Łowcy, mężczyźni, których zadaniem było pilnowanie porządku. Pełnili funkcję swego rodzaju antywirusa, antybiotyku dla drążących miasto patosów, sprzeciwiających się porządkowi świata, opartemu na zarabianiu i wydawaniu. Poszukiwacze zarazy, dawniej łagodnie zwanej konserwatywnymi nonkonformistami. 

Leszek nie uważał się za konserwę, ale dalej jeszcze było mu do hedonisty liczącego każdy posiadany punkt. Od dawna nie gonił za punktami. Nie wierzył w nie, musiał czuć pieniądz w kieszeni.

— Dokąd mnie wieziecie? — zapytał.

Bankierzy milczeli. Spali snem sprawiedliwych, spokojni, przeświadczeni, że dotrą na miejsce szybko i bezpiecznie. Ślepo zawierzyli swoje zaprogramowane istnienia zerojedynkowym ciągom. Leszek nie ufał osądom komputera pokładowego. Nie wierzył w nieomylność maszyn, niezakłócalne połączenia i statystyki, podawane wszystkim przy pomocy interpersonalnej sieci. Kiedy wsiadał do autonomicznego samochodu, robił to z musu. 

Siedziba BWP otoczona była niewypowiedzianie zielonym skwerem. Kilkaset metrów kwadratowych drzew, krzewów, ławek i alei, po których spacerowały kobiety z zaskakująco spokojnymi dziećmi w wózkach. Leszek leniwie wyszedł z samochodu. Kucnął tuż przy trawie, chcąc sprawdzić prawdziwość tego niespodziewanego aranżu przestrzeni. Źdźbła przeszły przez jego dłoń niczym cyfrowe strumienie krążące w przestrzeni. Opuszki palców napotkały na swojej drodze chropowatość kamienia tkwiącego gdzieś tam, na dnie iluzji. Ciało przeszedł dreszcz, impulsy elektryczne próbowały przedostać się z hologramu do układu nerwowego, ale nie znalazłszy interfesu, rozbijały się na skórze.

— To miraż — Leszek stwierdził rozczarowany, podnosząc się z kolan. Włosy na głowie stanęły mu dęba przez pozornie nieszkodliwe wyładowania.

— Oczywiście — odparł jeden z bankierów. Wskazał dłonią na drzwi. — Tędy.

Pokój przesłuchań wyglądał tak, jak Leszek go sobie wyobrażał. Kwadratowy stół ustawiony w centralnej części pomieszczenia, po obu stronach krzesła, a nad nim nisko wisząca lampa z żarówką sterowaną pilotem, zmieniającą barwę w zależności od intensywności przesłuchania. Na przeciw drzwi znajdowało się lustro, weneckie, a po drugiej stronie psycholog, kierownik placówki i kilku kolegów po fachu, szukających na twarzy podejrzanego kłamstwa. Jakby tego było mało, w rogu stała kamera, wyłapująca każdy gest czy drżenie mięśnia. Widać nawet bankierzy nie mieli pełnego zaufania do systemu. Na ogół specjalny program analizował obraz z kamery i wyciągał wnioski. Wszystko to mogło zadziałać, gdyby nie fakt, że Leszek był socjopatą. 

Bankierzy weszli do pomieszczenia za Leszkiem i kazali mu usiąść na krześle vis a vis sprzętu do nagrywania. Leszek spoczął, wyjął papierosa i zapalił. Spojrzał na identyfikatory znajdujące się na klapach marynarek obu mężczyzn. Wyższy, z kozią bródką i przenikliwym spojrzeniem miał na imię Piotr. Bankier przyniósł ze sobą teczkę, rzucił ją na stół, zdjął marynarkę i przewiesił przez oparcie krzesła. Drugi, nieco niższy jegomość, sprawiający wrażenie porywczego, ogolony na gładko z charakterystycznie krótką górną wargą nie miał karteczki z imieniem, ale Piotr zwracał się do niego per Szymon.

— Tu nie można palić — powiedział Szymon, lekko sepleniąc.

Leszek się tym nie przejął, spojrzał w twarz bankiera wyzywająco, potem przeniósł wzrok na kamerę. 

— Znasz ją? — Piotr wyjął z teczki zdjęcie Majki. Położył na stole i teatralnie przesunął w kierunku podejrzanego. Nie spodziewał się żadnej odpowiedzi, wiedział, że skończy się jak zwykle, bezowocnie, straconym czasem i nerwami. — Może zainteresuje cię fakt, że kobieta na zdjęciu jest członkiem podziemia?

Leszek podniósł spojrzenie na Szymona.

— Nie wiedziałeś? — Piotr zaśmiał się i wyjął drugą fotografię. Majka, jej bracia i starszy mężczyzna, którego Leszek zdążył już poznać, spotykali się na parkingu za znanym mu burdelem.

— Ci dwaj nie żyją — stwierdził Szymon. — Wiesz dlaczego?

Leszek wzruszył ramionami. Wiedział, że ktoś zaraz mu to wytłumaczy.

— Oni nie byli groźni — Piotr wskazał na braci. — Tylko mówili o walce z systemem. Ona to co innego, chciała działać. Podejrzewamy, że jedno z nich posiadało dostęp do głównego serwera.

Przesłuchiwany raz jeszcze wzruszył ramionami.

— Jakiego serwera? 

— Podobno miałeś kontakt z tym mężczyzną — Szymon wskazał palcem na studenta.

Leszek kiwnął głową przytakująco. Wiedział, że nie ma sensu ukrywać spotkania.

— Wszedł do baru, chciał płacić punktami, zaczął się awanturować, więc go wyrzuciłem. A następnego dnia w wiadomościach usłyszałem, że ktoś udekorował nim ulicę. 

— Z nią też podobno się spotkałeś — wskazał na Majkę.

Tym razem Leszek zagrał zdziwienie. Zrobił to jednak na tyle nieudolnie, że nie dali się nabrać. Szymonowi na ułamek sekundy puściły nerwy. Zaraz potem opamiętał się, zabrał ze stołu paczkę fajek należącą do Leszka. Wyciągnął papierosa, resztę chowając do kieszeni swoich mundurowych spodni.

Piotr widząc Szymona opuszczającego pokój, westchnął, wyprostował się i ruszył za nim. Wrócili chwilę później, Szymon wciąż trzymał w ustach papierosa, z którego sączący się dym przecinał światło padające na stół. Wewnątrz zrobiło się mgliście. Kamera z trudem łapała ostrość, obiektyw szukał źrenic Leszka, próbującego zaciągnąć się smolistymi oparami z wolna unoszącymi się ku systemowi klimatyzacji.

— Wynoś się — powiedział wreszcie półgębkiem Szymon. 

Leszkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wstał, podszedł do bankiera, wyjął z kieszeni jego spodni paczkę papierosów i jak gdyby nigdy nic, opuścił pomieszczenie. 

Deszcz bezlitośnie ciosał asfalt. W dużych kroplach spadających na hologramowe źdźbła trawy, odbijały się światła miasta.

— Parszywa pogoda — powiedział do siebie Leszek, podnosząc rękę
z zamiarem zatrzymania taksówki.

Stanął jakiś młody świr w nieoznakowanym wozie. Zamiast koguta na dachu wozu, Leszek dostrzegł reklamę dobrze znanego mu burdelu. Panienka w miejscu, w którym powinien znajdować się napis taxi, wyginała ciało
w nienaturalny sposób.

— Konkurencja dla taksówkarskiej korporacji — pomyślał, dopalając papierosa. 

Wsiadł. Kierowca podsunął mu pod nos małe urządzenie. Leszek trącił jego rękę i wyjął z kieszeni banknot. Młody kierowca wziął go niechętnie i wepchnął do urządzenia skanującego starą walutę.

— Dokąd?

Leszek kazał mu ruszyć przed siebie.

— Zgubisz ogon i dostaniesz drugie tyle.

Chłopak zerknął w tylne lusterko, trzymające się wyłącznie dzięki czarnej taśmie. Zza rogu wyjechał samochód. Błysnął światłami, rażąc po oczach taksówkarza. Przez przednią szybę widać było białe koszule i krawaty. 

— Jak będzie? — zapytał Leszek.

Kierowca przełączył samochód w tryb manualny, wyłączył połączenie z satelitą i nadusił na gaz. Koła zaboksowały, by zaraz potem wyrzucić za siebie krople, do tej pory leniwie spływające po oponach. 

— Co zrobiłeś?

Leszek nie odpowiedział. 

— Może i lepiej — odparł kierowca, skręcając gwałtownie w uliczkę po lewej stronie, narażając przy tym życie swoje i pasażera. 

Cudem uniknęli zderzenia z pojazdami poruszającymi się z naprzeciwka po sąsiednim pasie. Kierowca wykonał manewr naturalnie, jakby od niechcenia. Jak gdyby robił to setki razy.

Bankierzy pojechali prosto. Leszek wiedział, że to nie koniec, ale ku zaskoczeniu jego i śledzących go mężczyzn, młody taksówkarz nie uciekał. Wyjechał na główną drogę kilka przecznic dalej. Szukał ich, by z pełną premedytacją, nie dzieląc się żadnymi emocjami, wjechać pod prąd, na lewy pas, wprost na goniący ich wóz. 

— To ich zajmie. 

Komputer pokładowy w samochodzie bankierów nie poradził sobie z tak absurdalną sytuacją. Ich auto gwałtownie odbiło w bok i uderzyło w latarnię.

Po kilku minutach względnie spokojnej jazdy taksówkarz skręcił na zapuszczone osiedle, wzniesione w czasach, kiedy ludzie łączyli się z siecią przy pomocy małych urządzeń wbudowanych w inne, większe. Wtedy jeszcze wszystko opierało się na przewodach. Na poboczu stał furgon. Stary, wymalowany graffiti, podobny do tych jakimi od dawna jeździł najgorszy element w mieście. Ludzie, którzy nie ukrywali swoich skrajnie prawicowych poglądów i wiary w to, że wrócą archaiczne wartości, jak troska o innych, altruizm czy bogobojność.

— Wyłaź — chłopak kierujący taksówką rozkazał Leszkowi. 

— Do tego? 

Młody wyszedł z auta i sunął boczne drzwi, samemu wskakując na przednie siedzenie. Zaraz potem wyjechali na główną drogę. Kiedy mijali rozbity samochod bankierów, taksówkarz uśmiechnął się pod nosem. Uchylił drzwi, prowadzące na pakę.

— Chodź! — zawołał.

Leszek z trudem zmieścił się w niewielkim otworze pomiędzy szoferką
a paką furgonu.

— Dokąd? — zapytał kierowca.

— Do centrum — powiedział, wyjmując stuzłotowy banknot.

Drzwi baru wyglądały jak twarz matki Leszka, po starciu z pijanym konkubentem. Właściwie cała speluna była w takim stanie. Dwóch bywalców przeszukiwało wnętrze. Spojrzeli z wyrzutem na intruza, a rozpoznawszy
w nim Leszka, wrócili do szperania za niedopitymi butelkami. Leszek nie przejął się, ostrożnie podszedł do lady, do której drogę tarasowały porozbijane szklanki, zniszczone krzesła i powywracane stoliki. Na równie brudnym i zagraconym kontuarze stała nietknięta szklanka z niedopitą whisky i czerwoną szminką na rancie. Pod nią znajdowała się karteczka.

— Sandra! — Leszek niemo wykrzyczał imię wypisane na papierze, wybiegając na zimny, nieustający jesienny deszcz, pomiędzy ludzkie roboty, ślepo podążające z punktu a do b, z pracy do domu, ze sklepu do sklepu. Nie zważając na nic, ani na nikogo, odhaczając kolejne zadania na swojej nieśmiertelnej liście śmiertelnego istnienia, zapisanej w planerze pod zakładką to do, goniąc za kolejnym deadlinem. Próbując być kimś ważniejszym, nie dostrzegłszy, że są dokładnie tacy, jak inni. Tacy, jacy powinni być.

Drzwi mieszkania Sandry były nie bardziej zamknięte, niż wrota do ukochanego przez Leszka baru. Bał się tej chwili. Nie mógł być pewien, co tam zastanie. Przekroczył próg. Światło w przedpokoju zapaliło się, rzucając cień przez przewrócone krzesło, dzielące teraz krótki hol i niewielki pokoik. Spędził w nim kilka miłych tygodni. Przekraczając krzesło czuł strach, lecz inny od tego, towarzyszącego mu kiedyś. Nie wiedział czy chodziło o uśpione wspomnienia czy to, co może znaleźć. 

Szedł ostrożnie, jakby podłoga, po której stąpał miała sparzyć jego nienaturalnie duże stopy. Rozglądał się uważnie, szukając czegoś bardziej jeszcze nienormalnego, niż krzesło leżące na ziemi, bądź drzwi otwarte na oścież, jednocześnie zapraszające i zniechęcające do wejścia. Wreszcie znalazł. Kawałek gołej pięty świecącej swoją nagością pośród ubrań powywlekanych z szuflad i szafek, przedmiotów, rzuconych ot tak, na dywan, mebli wciąż jeszcze stojących, ale jakby nie na swoim miejscu. Leszek z gulą w gardle, której teraz nijak nie mógł przełknąć, która dławiła go niczym dawny lęk przed związkiem, zbliżył się do tego kawałka statycznego ciała, straszącego zza bezosobowego mebla. Pamiętał, jak Sandra prosiła go, by pomógł jej złożyć tę kanapę. Kanapę, za którą znajdowała się reszta jego ukochanej. Zimnej i przerażonej, choć strach towarzyszył jej kilka godzin wcześniej. Teraz była po prostu sztywna. 

Nie był zdziwiony. Wyczekiwał tego od chwili, w której student wymienił jej imię. 

Siadając, złapał za whisky, stojącą na udekorowanym zieloną serwetką stoliczku. Nie bawił się w szkło, odkręcił korek i przechylił stanowczo. Zaskoczony życiową prawdą, że każda butelka musi kiedyś się skończyć, cisnął nią przez salon, wypełniony po pierwsze ciszą, po drugie smrodem gnijącego
z wolna ciała. I kiedy patrzył tępo w podłogę, na kawałki szkła rozbryzganego pod ścianą, coś go tknęło. Wstał odrobinę zbyt gwałtownie, zachwiał się. Podszedł do zimnego ciała Sandry i oparł się ręką o zagłówek kanapy. Spojrzał na kobietę. Jej bluzka nie była zapięta pod samą szyję. Pochylił się nad zastygłą twarzą. W głowie Leszka pojawiła się myśl, że przy każdym spotkaniu dążył do chwili ciszy, a teraz brakowało mu głosu Sandry, jej pretensji.

Spod stanika wystawał kawałek kartki. Leszek sięgnął po tę ostatnią wiadomość. Musnął jej twarz, przesunął palcami po policzku. Poczuł dziwne ukłucie w piersi, jakby stracił coś, czego nie powinien wypuścić z rąk.

— Kurze doły, M. — przeczytał, zgniótł i rzucił papier na podłogę. Kiedy wychodził, szkło pod jego butami trzeszczało złowieszczo, grało na podeszwach jego męskiej dumy, zmuszając do czynu, którego nie powinien się dopuścić.

Uliczne światła wydawały się gwiazdami, obserwowanymi z perspektywy osoby poruszającej się z prędkością światła. Były niczym jasne smugi olejnej farby rozciągnięte na płótnie miasta, rozbłyski rozświetlające mrok duszy Leszka, jego strach przed życiem w świecie, w którym brakowało bliskiej mu twarzy. Nie spędzał z Sandrą wiele czasu, ale wiedział, że zawsze może na nią liczyć. Teraz wszystko się zapadło, została mu głęboka studnia samotności, w którą mógł skoczyć lub którą musiał zalać alkoholem. Najpierw jednak chciał wrzucić do niej ciało kobiety, odpowiedzialnej za śmierć jego ukochanej.

Kiedy zajechał pod drzwi burdelu, nie zdziwił się, widząc czekających na niego starego, tuż za progiem burdelu i Majkę, przestępującą z nogi na nogę w głębi holu. W ustach trzymała ledwie tlącego się papierosa. Sprawiała wrażenie święcie przekonanej o swojej bezkarności. Leszek wyszedł z samochodu gwałtownie. Nie krył złości. Stary sięgnął do kieszeni po broń, ale Majka szybko złapała za jego żylastą rękę. Leszek zauważył ten ruch. Zatrzymał się w pół kroku, poczuł ukłucie w piersi. Bolesna świadomość porażki wstrząsnęła jego świadomością. Nie przygotował się na starcie. Uniósł dłonie w powietrze i z wolna zbliżył się do mężczyzny z bronią.

Staruszek przepuścił Leszka w drzwiach. Prowadził go przez zaciemniony przedsionek dawnego teatru, po schodach, w kierunku nieba. Kiedy Leszek przystawał, stary wskazywał mu kierunek, uderzając lufą pistoletu w lewe lub prawe ramię. Wreszcie dotarli pod drzwi pokoju. Pokoju, który Leszek poznał już wcześniej, z perspektywy napalonego nastolatka.

— Otwórz je. — Majka powiedziała spokojnie.

Leszek posłuchał. Nadusił zimną klamkę, mosiężną i zakręconą. Wewnątrz, na ziemi siedział spętany Bob. Leszek wszedł. Obrócił się i usiadł na łóżku, ponad barmanem. 

Stary mężczyzna wszedł do pokoju, Majka zaś została na korytarzu.

— Dowiedz się, gdzie to jest — powiedziała. — Ja wracam.

Stary przyjął to z obojętnością.

— Myślisz, że chodziłbym z tym po mieście? — Leszek krzyknął za Majką, ale ta zniknęła już za zamkniętymi drzwiami.

Stary podszedł do Leszka i uciszył go. 

Bob westchnął ciężko.

— Ona go ma.

Leszek spojrzał na Boba z wyrzutem.

— Chyba nie oddałeś tego JEJ?!

Bob przytaknął. Widząc martwe spojrzenie Leszka, zrozumiał, do czego doszło. Widział go w takim stanie tylko raz, po rozstaniu.

— Nic u niej nie było — powiedział stary z uśmiechem, podnosząc broń i mierząc w twarz barmana.

Leszek chciał zająć miejsce na linii strzału, ale kiedy miał już podnieść się, stanąć przed starym, gotowy do spotkania ze swoją byłą, spotkania, którego bał się bardziej niż rozmowy ze stwórcą, drzwi burdelowego pokoju rozwarły się z impetem. Staruszek po raz kolejny padł na ziemię, nie wiedząc, co go trafiło. 

Bankier w kilka sekund dopadł do broni zaległej u stóp Boba. Przeładował i wycelował w starego.

— Jego też? — zapytał Szymon, machając lufą w kierunku twarzy Leszka.

Leszek poznał ich dopiero, kiedy księżyc wyszedł zza chmur, a światło przebiło się przez niezaciągnięte żaluzjami okno. Piotr kiwnął głową z aprobatą. Szymon z tym swoim nienaturalnie bezosobowym uśmiechem już miał zgarnąć obu podejrzanych, ale Bob zaoponował.

— On o niczym nie wiedział!

Piotr najpierw zerknął na Boba, potem na Leszka. Spojrzał Leszkowi głęboko w oczy, szukał obojętności, którą znał z poprzedniego spotkania. Ale teraz, zamiast pustki odnalazł głęboki żal. Wiedział, że Sandra była mu bliska. 

— Zostaw go — Piotr powiedział do Szymona.

Bankier posłusznie podniósł z ziemi starego i wypchnął na korytarz, jedynie oglądając się na Leszka. Po chwili zrobiło się cicho. Każdy szept czy spojrzenie bolało.

— Jak mogłeś to u niej zostawić? — Leszek rzucił w przestrzeń, bardziej mając pretensje do siebie, niż do barmana.

— Wiedziała o wszystkim. Twierdziła, że to był twój pomysł. Niczego nie znaleźli?

— Ani oni, ani ja.

— Pojedziemy tam jeszcze raz — stwierdził Bob.

Leszek przyjął propozycję z uznaniem, choć w jego głowie pojawiło się pytanie, skąd bankierzy dowiedzieli się o tym spotkaniu. Czy był na tyle nieostrożny, by dać się śledzić? Czy może wiedzieli gdzie jest i co robi od wizyty w barze? I dlaczego Majka nie została z nimi?

W samochodzie było cicho. Kierowca próbował zagajać, ale ani Bob, ani Leszek nie myśleli rozmawiać. Patrzyli tępo, każdy w swoje okno, czekając aż miasto przestanie się ruszać, aż taksówka wypluje ich na chłód pustej ulicy. Tylna kanapa aż buzowała od napięcia. Uwolnienie przyniósł dopiero widok policyjnych kogutów migających pod domem Sandry. Leszek kazał kierowcy stanąć na rogu.

Czekali pod starą, rozpadającą się kamienicą. Spuścili głowy i zapalili. Ani Leszek, ani Bob nie mogli wiedzieć, czy całe to czekanie ma sens. Próbowali wmówić sobie, że wierzą, choć kiedy niebiescy chłopcy zawinęli manatki, a oni zziębnięci stanęli przed drzwiami mieszkania Sandry oblepionymi wzdłuż i wszerz żółtą taśmą z napisem „miejsce zbrodni”, poczuli obawę. Leszkowi nie zależało na tym małym przedmiocie, przez który musiała zginąć. Ale chciał go dostać. Musiał. Wiedział, że ten gadżet do końca życia będzie przypominał mu największy błąd, jaki przyszło mu popełnić. Niedopatrzenie, które zabrało mu szczęście.

Bob widząc wahanie Leszka, zabrał się za zrywanie taśm. Weszli jak do siebie, po pozwijanym dywanie, kawałkach szkła z butelki, którą Leszek rozbił podczas poprzedniej wizyty i fragmentach krzesła, połamanego i rozrzuconego wzdłuż przedpokoju. Widać gliniarze nie przebierali w środkach. Jeśli coś można było rozmontować, zrobili to. 

Regał, dawniej pełen książek leżał w miejscu, w którym Leszek znalazł Sandrę. Książki walające się po całym mieszkaniu przypominały mu motyle, które oglądał z ukochaną we wrocławskim zoo. Rozłożone, gotowe do lotu, chętne opowiedzieć historie, o które nikt już nie dba. 

Pomiędzy książkami leżała rozbita ramka. Bob podniósł ją.

— To wy?

Leszek złapał za oprawę, by przyjrzeć się fotografii. Ramka była rozdygotana w zawiasach. Leszek odsunął zasuwy i wyjął zdjęcie. Kiedy zgiął w pół, by schować do tylnej kieszeni dżinsów, na odwrocie zauważył ręczne pismo. Koślawe litery i cyfry układały się w adres: Dworcowa 2A, skr. 11. Poniżej Sandra wypisała datę ich pierwszej randki, piąty marca.

— Co jest na Dworcowej? — Leszek zapytał Boba, spodziewając się odpowiedzi.

— Poczta. Czemu pytasz? Znalazłeś coś?

Leszek podał zdjęcie Bobowi. Zrobił to delikatnie. Te kilka niewprawnie postawionych kresek było ostatnią pamiątką, jaką miał po Sandrze. 

— Skrytka jedenasta — powiedział do siebie Bob. — Myślisz, że tam to schowała?

Mieszkanie Sandry od dworca oddalone było ledwie o kilkanaście minut piechotą. Chodnik wiódł pomiędzy starymi kamienicami, dalej przez długi plac, wzdłuż którego latem stały kramiki z książkami. Dawniej nad drzwiami dworca widniał napis KATOWICE, ale część liter pospadała, a te które zostały, migały złośliwie, udając, że wciąż działają. 

Dworcowa była po drugiej stronie, tuż obok placu Andrzeja, z którego we wszystkich możliwych kierunkach odjeżdżały małe busiki. Ale od chwili podziału, od chwili dewaluacji, która biedniejszym zabrała wszystko, a bardziej obrotnym potroiła majątek, plac zamienił się w narkotykowe centrum. Ani bankierzy ani milicja nie zapuszczali się na drugą stronę. Panowały tam inne zasady. TAM wystarczyło przejść ciemnym tunelem. Jednak by wrócić, człowiek musiał udowodnić samemu sobie, że ma po co. 

Leszka i Boba przywitał smutny widok. Tuż pod schodami leżała młoda dziewczyna, maksymalnie szesnaście lat. Sine, suche usta, czerniejące oczodoły i paznokcie. Rozwarła powieki, słysząc dudnienie kroków. Wyciągnęła rękę, jęcząc w agonii.

— Nie dotykaj jej — powiedział Bob. — Ma wirusa.

— Chcesz mi powiedzieć…?

— Tak, podłączyła się do sieci bez filtra. 

— Przecież sieć jest kontrolowana.

— Wystarczą tylne drzwi w jakimś niecertyfikowanym protokole. Musiała wgrać coś spoza bazy. Zresztą, nie wiadomo, kto nasłuchuje na publicznych gniazdach. Czasem wystarczy zrobić upgrade na jednym z dworcowych stanowisk.

Dziewczyna widząc ich obojętność odpuściła. Zasnęła. Leszek wzruszył ramionami, żałował, że nie może jej pomóc. Wyszli na plac. Na lewo od wyjścia znajdował się stary budynek poczty. Z wewnątrz biło przytłumione światło, padające na panel ze skrytkami. Stanęli przed ogromną metalową szafą. W samym jej centrum znajdował się port.

— Cholera, trzeba się zalogować — powiedział Leszek. 

Spróbował wpisać numer skrytki, ale na wyświetlaczu pojawiła się informacja o braku autoryzacji.

Bob kazał Leszkowi odsunąć się. Wyjął z kieszeni urządzenie zakończone odpowiednim wtykiem.

— To przenośny autoryzer. Wewnątrz jest odbiornik sieci, skanuje system w poszukiwaniu podłączonych niezabezpieczonych użytkowników, kopiuje ich kod i wgrywa do panelu. 

— Nikt się nie zorientuje? — zapytał Leszek.

— Nie sprawdzają historii. Przy dziesiątkach tysięcy połączeń nikt tego nie zauważy. 

Bob wsunął urządzenie w otwór znajdujący się pod wyświetlaczem, aż usłyszał charakterystyczne kliknięcie. Po trzech mignięciach diody, system przywitał Sammuela Goldbauma i odblokował dostęp. Leszek wpisał numer skrytki. Na holokranie pojawiło się pytanie o hasło.

— Masz pomysł? — zapytał Bob.

Leszek nie miał. Nigdy nie był dobry w rozgryzaniu Sandry. Z trudnością przychodziło mu rozumienie jej motywów. Wiedział, że była uczuciowa i to na tym postanowił oprzeć dekodowanie hasła. Zaczął od wpisania jej daty urodzin. Panel odpowiedział czerwoną poświatą, a cyfra 3, dotychczas wyświetlana w prawym górnym rogu ekranu zmieniła się w dwójkę. Wpisał więc rok, w którym się poznali. Panel znów zaświecił złowrogą czerwienią.

— Kurwa — powiedział do siebie. — Co się stanie jak się pomylę? — zapytał Boba.

— System zniszczy przesyłkę. 

To nie pomogło Leszkowi. Zastanowił się chwilę, wyjął z tylnej kieszeni spodni zgięte na pół zdjęcie. Spojrzał na instrukcję wypisaną na odwrocie. Uśmiechnął się i wystukał na klawiaturze cyfry 0503.

— Co to? — zapytał Bob.

Leszek nadusił przycisk potwierdzający wprowadzenie hasła.

— Data naszego pierwszego spotkania.

Ekran znów utonął w irytującej czerwieni. Wszak tym razem to nie panel rozświetlił się złowrogim karmazynem, a światło milicyjnego koguta błyskało z zewnątrz, wprost na szafę ze skrytkami, elektroniczny panel i twarze Leszka oraz Boba. Zza drzwi usłyszeli mężczyznę krzyczącego przez megafon:

— Wychodzić! Jesteście podejrzani o wykorzystanie tożsamości pana Goldbauma.

Bob zaśmiał się szczerze.

— Z kim się połączyłeś? — zapytał Leszek. — Kim jest ten Goldbaum?

— Widać jakaś żydowska szycha. Z tyłu jest drugie wyjście.

Leszek złapał za przedmiot leżący w otwartej skrytce i razem z Bobem zniknął w wąskim korytarzu. 

Szli spokojnie, wprost na podwórko otoczone oknami. Weszli w drzwi prowadzące do starej klatki schodowej śmierdzącej przegniłym drewnem. Schody trzeszczały pod naporem ich kroków. Weszli na piętro, tam do pomieszania przerobionego na melinę. Minęli ćpunów i pijaków, wyszli na bardziej zadbaną sień i spokojnie na chodnik przed budynkiem.

Na jednym z końców ulicy migał niebiesko-czerwony kogut. Już chcieli odwrócić się na piętach, kiedy pod ich nosy zajechał kilkunastoletni wóz. Czarne szyby odbijały ich twarze, zdziwione i lekko poirytowane. Jedno
z okien otworzyło się. Za kółkiem siedziała brunetka, Majka. 

— Ja, albo oni — powiedziała.

Wsiedli.

Skajowe obicie tylnej kanapy było popękane, ale to nie dziury w siedzeniu przeszkadzały Leszkowi, a lufa glocka, którą jakiś młody, pryszczaty chłopaczek przyłożył do jego skroni. 

— Oddaj mu pamięć — poleciła Majka, zaglądając przez ramię.

Leszek posłusznie sięgnął do kieszeni i wręczył chłopakowi przedmiot. Mógłby go obezwładnić, wyrwać broń i wycelować w Majkę. Wszystko skończyłoby się teraz, zaraz, w przeciągu kilkunastu sekund. Jednak Leszek nie chciał tak rozwiązać sprawy. Był ciekaw, kim ona jest i czego chce. Był ciekaw, czy naprawdę należy do podziemia. Postawił na uległość. 

Kiedy położył na dłoni chłopaka pamięć, raz jeszcze odezwała się Majka. Tonem władczym i pewnym siebie, innym od tego, jaki Leszek miał okazję poznać wcześniej. Tonem, którego ani on, ani Bob nie spodziewali się usłyszeć z jej ust.

— Zabierz go już chłopcze, bo jeszcze niechcący wypali — powiedział Leszek, odsuwając pistolet palcem wskazującym.

Majka kiwnęła głową.

Podjechali pod czteropiętrowy blok z dużej płyty, z każdej strony wystające ze ścian balkony, dawniej ogrodzone barierkami, teraz wyglądające niczym trampoliny rozciągające się nad taflą wody w basenie straszyły zawaleniem. Majka zahamowała nagle, przez co pasażerowie zajmujący tylną kanapę wpadli na szybę, dzielącą ich od kierowcy.

Chłopak wyprosił Leszka i Boba skinięciem broni. Wyszli posłusznie, choć Bob nie rozumiał, albo udawał, że nie rozumie, dlaczego Leszek na to pozwala. Samemu jednak nie zrobił nic, grał potulnego. Majka poprowadziła ich przez zimną sień, na drugie piętro, do mieszkania znajdującego się w rogu. Wyjęła pęk kluczy i dobierając jeden po drugim, otwierała kolejno górny, środkowy i dolny zamek. Kiedy przekręciła klucz w dolnym mechanizmie po raz ostatni, drzwi rozwarły się, zapraszając do środka. Tym razem to Leszek i Bob weszli przodem.

— Co tak stoisz? — Majka zapytała chłopaka, kiedy tylko wszyscy znaleźli się w środku. — Rób swoje.

Nastolatek usiadł przed monitorem. Wysunął ze staromodnego biurka szufladę, na której znajdował się osobliwy panel z dziesiątkami klawiszy. 

— Cholera — powiedział pod nosem Bob. — Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze ich używa.

Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Wsunął pamięć w otwór, znajdujący się w monitorze. Wpisał kilka komend przy pomocy klawiatury, na ekranie pojawiło się okienko z miejscem na wpisanie hasła. Chłopak po raz kolejny wydał kilka poleceń przy pomocy klawiatury. Coś było nie tak, coś się nie zgadzało. Leszek widział po minie nastolatka, a potem po przerażeniu Majki, że coś potoczyło się inaczej, niż sobie zaplanowali. I kiedy Majka miała już zabrać się za opieprzanie chłopaka, kiedy miała zamiar zabrać broń leżącą na biurku
i wycelować w Leszka, na drzwi mieszkania ktoś naparł. Słychać było najpierw stłumione uderzenie, a potem jeszcze jedno, mocniejsze. Wreszcie siła, z którą napierano na drzwi, pozwoliła je sforsować. Do przedpokoju, a potem dalej, do małego pokoiku, w którym stał komputer, wpadło dwoje bankierów
w towarzystwie kilkunastu policjantów. 

Majka padła na ziemię, pod naciskiem ramienia jednego z funkcjonariuszy. Drugi prewencyjnie przyłożył nastolatkowi siedzącemu przed monitorem. Pozostałych czterech spadło niczym grom z nieba na Boba i Leszka. Przygnietli ich do ziemi, unieruchamiając, choć zarówno Leszek, jak i Bob nie myśleli nawet, by czegokolwiek próbować. Trwało to chwilę, mgnienie oka. Zaraz potem w pokoju zrobiło się pusto. Majkę wyprowadził sierżant, młodego na ramieniu wyniósł osiłek z grupy uderzeniowej. Nawet policjanci, którzy przed kilkoma sekundami wbijali się kolanami w plecy Leszka, gdzieś zniknęli, zostawiając bankierów sam na sam z Bobem i jego towarzyszem.

Piotr podał rękę Bobowi, Szymon wyciągnął swoją do Leszka. 

— Dziękujemy panom — powiedział Piotr.

Bob tylko skinął głową.

— Co z nim? — zapytał, dając do zrozumienia, że miał na myśli Leszka.

— Nie było go tu — powiedział Szymon. — Nikogo tu nie było. Cała akcja nie miała miejsca.

Zaraz potem bankierzy zniknęli w ciemności klatki schodowej. Tylko Leszek stał zdziwiony, rozbity własną bezradnością i niewiedzą. Tkwił w miejscu, niczym właściciele targowych szczęk.

— Zmusili mnie — powiedział Bob. — Mam bar, mam żonę i syna. 

— Przecież prowadzisz spelunę dla marginesu.

— Ale podatki płacić muszę i ten był największy.