Neuromancer – recenzja książki

Neuromancera, powieści Williama Gibsona, która nota bene otwiera Trylogię Ciągu i stanowi niejako początek dla cyberpunku, szukałem kilka miesięcy. Znalezienie jej w bibliotekach o dziwo okazało się nie lada wyzwaniem. Absurdalnie założyłem, że taki tytuł musi być powszechnie dostępny. Mimo wszystko udało się i po kilkudziesięciu dniach poszukiwań książka trafiła w moje ręce.

Do lektury tego tytułu podchodziłem niczym dziewica do swojego pierwszego razu, z obawą. Dotychczas kiedy zabierałem się za klasyka, czy to w postaci filmu, serialu czy właśnie książki, w pewnym stopniu bywałem zawiedziony. Wydaje mi się, że problem mogą stanowić oczekiwania, których rzeczywistość nie potrafi doścignąć.

Po lekturze Neuromancera Williama Gibsona. Czy ja lubię fantastykę?

Już po przeczytaniu Neuromancera w mojej głowie pojawiła się myśl. Czy ja aby na pewno lubię fantastykę naukową? Czy może wmawiam sobie zamiłowanie do tego gatunku? Ostatnimi czasy trafiam na tytuły, które stanowią ponoć klasykę science fiction, i które były wielokrotnie nagradzane – Nebulą, Zajdlem, nagrodą im. Philipa K. Dicka – ale nie odpowiadają moim literackim upodobaniom.

I niestety tak właśnie jest z powieścią otwierającą Trylogię Ciągu. Neuromancer to niewątpliwie intrygująca powieść, bardzo obrazowo przedstawia świat przyszłości. Gibson wykazał się kunsztem pisarskim tworząc realia przyszłości pełne neonów, osiedli technokratów i slumsów otaczających cyfrowe metropolie. Wszystko sprawia wrażenie wyjętego z dzisiejszego świata, to coś niezwykłego jak na pisarza, który opowiedział taką historię niemal czterdzieści lat temu. Ja jednak już w trakcie lektury poczułem rozczarowanie. Rozczarowanie będące efektem niedoścignięcia oczekiwań.

Proza gatunkowa a literatura ambitna

Kilka dni temu na jednym z blogów o kulturze trafiłem na moim zdaniem pasującą tutaj uwagę. Autorzy tworzący prozę stricte gatunkową z czasem zaczynają marzyć o pisaniu literatury pięknej. Są też tacy, którzy od samego początku chcieliby łączyć właśnie fantastykę naukową z literaturą piękną. Niestety wychodzą z tego twory, które nie odpowiadają ani koneserom ambitnych powieści, ani fanom fantastyki jako takiej. Ci pierwsi są zniesmaczeni spleceniem i spłyceniem głębi wynikającej z artyzmu opisywanych zjawisk społecznych i kulturowych z futuryzmem, ci drudzy zaś nie znajdują w takiej książce elementów, których oczekują od prozy gatunkowej.

Ze mną było – chyba – podobnie. Być może nie byłem gotów, by sięgać po Neuromancera, ale zamiast kwintesencji fantastyki naukowej, której oczekiwałem, dostałem zbyt daleko idący eksperyment pisarski, zakrawający w pewnym stopniu o strumień świadomości.

William Gibson w Neuromancerze oprócz cybernetycznego świata, który tak przecież upodobałem sobie najpierw w Blade Runnerze reżyserowanym przez Ridleya Scotta, później w powieści Philipa K. Dicka, która była podstawą do nakręcenia Łowcy Androidów, idąc dalej, w anime Ghost in the Shell stanowiącym podwaliny pod świat zarysowany w Matrixie, zamieścił sporą dawkę niemal narkotycznych wizji sieci cyfrowej, w pewnym momencie sprawiającej wrażenie efektu odurzenia głównego bohatera, Case’a, hakera, kowboja sieci mającego już wcześniej problemy z narkotykami.

Bohaterowie Neuromancera przedstawieni są niemal perfekcyjnie, ich konflikty wewnętrzne i pragnienia doskonale argumentują podejmowane działania. Gibson potrafił już w swojej pierwszej powieści tak przedstawić bohaterów, żeby ci wyglądali na prawdziwych ludzi.

Neuromancer – cyberpunk w artystycznej otoczce

Niestety poziom abstrakcji zaprezentowany w powieści był zbyt wysoki. Dla mnie stał się przeszkodą w poznawaniu historii. O ile eksperyment pisarski polegający na wprowadzeniu swoistego slangu, który Anthony Burgess zaprezentował w Mechancznej Pomarańczy, i który miał odzwierciedlać problemy głównego bohatera z odnajdywaniem się w świecie był strzałem w dziesiątkę, o tyle eksperyment Gibsona, bo wydaje mi się, że to miał być eksperyment, polegający na przeszkadzaniu czytelnikowi wielozdaniowymi wtrąceniami opisującymi cybernetyczne realia, był nietrafiony.

Gibson zapoczątkował nowy nurt, zrobił to w sposób iście profesorski, jednocześnie zmuszając czytelnika do wysiłku, który dla mnie okazał się ponad siły. Pobiegłem w maratonie, nie będąc gotowym. Wiedziałem, że po Neuromancerze czeka na mnie jeszcze Graf Zero i Mona Liza Turbo, druga i trzecia część Trylogii Ciągu. W tym jednak momencie raczej nie zdecyduję się po nie sięgnąć. Być może z czasem zmienię zdanie, lecz na ten moment nie jestem gotów. Zwłaszcza, że obok łóżka leży dziesięć tomów nowel Jacka Londona.

Scroll Up