Tron (1982) – recenzja filmu

To dość niesamowite, że Steven Lisberger na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku był w stanie zrobić film, który tak bardzo wyprzedził swoją epokę i jak się potem okazało, stał się fundamentem kina sf. Mowa o filmie Tron, produkcji z 1982 roku, będącej inspiracją dla całego pokolenia scenarzystów i reżyserów, produkcji, która zdobyła uznanie krytyków oraz widzów. O co moim zdaniem dość trudno.

Tron 1982 — streszczenie fabuły — bez spoilerów

Tron to opowieść o Flynnie, hakerze i genialnym twórcy gier komputerowych granym przez Jeffa Bridgesa, znanego chociażby z Iron Mana, K-Paxa czy Big Lebowskiego. Flynn zostaje wygryziony ze stanowiska głównego programisty dużej korporacji. Z braku laku zakłada salon gier z automatami. Jego życie, wydawać by się mogło, staje w martwym punkcie. Jednak pewnego dnia w salonie pojawia się mężczyzna, zajmujący szeregowe stanowisko w firmie byłego pracodawcy głównego bohatera. Przybysz prosi Flynna o pomoc z włamaniem się do systemu.

Flynn nie wacha się ani chwili. Próbuje dostać się do głównego komputera pracodawcy. Nie wie jednak, że w systemie zagnieżdżona została despotyczna sztuczna inteligencja, która nie chce pozwolić na jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz. Flynn zostaje wciągnięty do wirtualnej rzeczywistości zaprojektowanej na modłę naszego świata. Żeby się wydostać musi pokonać główny program zarządzający, zapędami przypominający największych dyktatorów pokroju Stalina czy Mussoliniego. Jedynym sposobem na ratunek jest Tron, program zabezpieczający, sprzeciwiający się wizji urządzenia systemowej rzeczywistości.

Zobacz inne filmy z lat 80 i 90!

Film wzbudza dzisiaj skrajne emocje, od uwielbienia po całkowite niezrozumienie. Żeby docenić tę produkcję trzeba patrzeć na nią przez pryzmat czasów, w których powstała — był to rok 1982. Efekty wizualne nie są wynikiem animacji komputerowej, ale wykorzystywanej wówczas techniki podświetlania obrazu oraz tworzenia animacji przy pomocy specjalnej kamery nagrywającej obraz wprost z monitora CRT. Finalnie jest to więc efekt pracy ludzi i ich pomysłowości, aniżeli faktycznego wykorzystania animacji komputerowej.

Sposób przedstawienia świata, zarówno jeśli chodzi o technikalia, jak i samą opowieść, sprawia, że historia nadal jest aktualna. Można by odwołać się chociażby do ksiażki Cecilli Randall, autorki Hyperversum, powieści o grupie nastolatków wciągniętej do rzeczywistości wirtualnej i przeniesionej w czasie do osiemnastowiecznej Francji.

Pomysł Lisbergera był nowatorski i jako taki zasługuje na uznanie. Krytyka filmu z racji na przestarzałą już technologię wykonania wydaje się w tym przypadku bardzo niesprawiedliwa. Film ten jest niemal obowiązkowy dla każdego fana fantastyki naukowej. Trzeba go po prostu poznać. To klucz do zrozumienia dzisiejszej popkultury.

Scroll Up