Sędzia Dredd (1995) – recenzja filmu

Kolejny film o przyszłości z Sylwestrem Stallone w roli głównej. Tym razem wzorowany na popularnym komiksie. O ile Człowiek Demolka był produkcją słabą, o tyle Sędzia Dredd trzyma się już konwencji kina fantastyczno naukowego i swoimi rozwiązaniami może odpowiadać fanom tego typu rozrywki. A przynajmniej tak było w latach, w których został nakręcony.

Tekst powstał przy współpracy z portalem

cda.pl

Sędzia Dredd — recenzja filmu z Sylwestrem Stallone

W wielkich przeludnionych miastach potrzeba sprawnej władzy i szybkich sądów. Stąd pomysł na Sędziów, stróżów prawa, którzy wymierzają sprawiedliwość na miejscu, tuż po zatrzymaniu oskarżonego. Tytułowy Sędzia Dredd grany przez Stallone’a, w swojej karierze aresztował już nieco ponad tysiąc osób. Swoją przesadną wiarą w system prawa musiał wreszcie nadepnąć komuś na odcisk. Został więc wrobiony w przestępstwo i trafił do aresztu.

W drodze do więzienia, siedząc bark w bark z ludźmi, których sam osądził, między innymi z Hermanem „Fergee” Fergusonem granym przez Boba Schneidera, którego aresztował kilka dni wcześniej, dochodzi do katastrofy lotniczej spowodowanej ostrzelaniem samolotu przez grupę przestępców. Ocalały Sędzia Dredd wraz z Fergee’m trafia w ich ręce.

Jak przy każdej ekranzacji, czy to książki, czy komiksu, twórca filmu stanął przed dylematem. Iść w wierne odwzorowanie historii czy puścić wodze fantazji i jedynie nawiązać do świata zarysowanego w komiksie. W latach dziewięćdziesiątych podobno na odbieganie od scenariusza patrzono jako na lenistwo, dlatego scenarzysta zdecydował się nieco uciec od komiksowej wersji opowieści i zaprezentować ulepszonego Sędziego Dredda. Pierwszym wątkiem nieobecnym w komiksie jest wspomniany wcześniej Fergee, który miał wprowadzić wątek komiczny i nieco ugładzić brutalność Dredda.

Film możesz zobaczyć tutaj: https://www.cda.pl/video/157107014/vfilm

Przypomina mi to zabieg z Mad Maxa: Pod kopułą gromu, gdzie zatrudniono kilka znanych już twarzy, by z brutalnej historii typu postapo stworzyć kino familijne. Tutaj Bob Schneider miał być chyba pomysłem na zainteresowanie nie tylko zapalonych fanów kina scifi, ale także bardziej niedzielnych fanów fantastyczno naukowej tematyki.

Moim zdaniem obecność Schneidera w filmie ograbiła całą produkcję z dobrze zaprojektowanego w komiksie brutalnego świata przyszłości, w którym jedynym sposobem na utrzymanie porządku są stróże prawa równie brutalni, co przestępcy. Podobnie było w Człowieku Demolce, choć tam humor przeważał nad brutalnością.

Słabszym elementem filmu są z całą pewnością dialogi, zwłaszcza te z udziałem Sędziego Dredda. Ale powiedzmy sobie szczerze, nikt nie oczekuje od filmów ze Stallonem ciekawych wypowiedzi. Pomijając Rocky’ego, postacie Stallone’a miały przede wszystkim siać zniszczenie. Sędzia Dredd to nie kino dla całej rodziny. To również nie jest film dla fanów komiksu o tym samym tytule. To produkcja dla osób, które lubią Sylwestra za jego naturalność gry w tego typu filmach i umiejętność wpasowania się w postać brutalnego i prostolinijnego niszczyciela. Ja nieco się zawiodłem. Oczekiwałem czegoś na wzór Mad Maxa lub chociażby Robocopa. Dostałem kino równe Pamięci Absolutnej. Odrobinę absurdalne, czasem zabawne na swój prymitywny sposób.

A Ty, widziałeś już ten film? Jak Ci się podobał? A może masz do polecenia inne tego typu produkcje? Podziel się w komentarzu swoją opinią. Będę wdzięczny!

Zdjęcie: https://www.cda.pl/video/157107014/vfilm

Scroll Up