Sen o wolnym świecie – rozdział 1

Charczący głośnik starej szafy grającej wyrzucał z siebie mniej lub bardziej przypadkowe nuty, które po chwili układały się w coś na wzór melodii. Elektroniczny jazz wypełnił wnętrze baru, co część przesiadujących tam mężczyzn przyjęła z aprobatą, reszta zaś, w tym Otton, barman i właściciel tego przybytku żałości, nie potrafiła zdzierżyć. Nie rozumiał, jak ktoś mógł uznać, że połączenie tak szlachetnego instrumentu, jakim jest saksofon, może dobrze współbrzmieć z bitem generowanym przez maszynę. Otton żałował, że wybrał ten krążek jako jeden z kilkunastu, które znalazły się we wnętrzu szafy. Ale niektórym klientom podobała się taka muzyka, a on nie miał serca im jej odbierać. Szedł na kompromis, by nie dawać chłopakom kolejnego powodu do irytacji. Według barmana cierpieli już wystarczająco, gdy kończyła się ostatnia beczka z piwem, na dworze temperatura wzrastała do niemiłosiernych pięćdziesięciu czterech stopni, a Lenny po raz wtóry spóźniał się z dostawą.

Już miał sięgać na górną półkę po coś naprawdę mocnego, już chciał polecić Jagodzie, by rozrobiła to bardziej niż zwykle, tak by wystarczyło na co najmniej kilka godzin. Lecz kiedy wreszcie powziął decyzję o zmarnowaniu jednej z najlepszych butelek samogonu, w drzwiach pojawił się gruby mężczyzna. Wyglądał jak kozioł. Być może przez bródkę, pieczołowicie pielęgnowaną, odkąd Otton sięgał pamięcią, a może przez sposób, w jaki nowo przybyły się poruszał. Otton zastanawiał się nad tym właściwie zawsze, kiedy Lenny stawał w drzwiach, mając za plecami pustynny żar i wlewające się do wewnątrz słoneczne promienie.

— Do cholery, Lenny. Co tak długo? — Otto był zirytowany.

— Człowieku, zdajesz sobie sprawę, jak trudno teraz wywieźć z miasta tak duży ładunek?

Otton obdarzył go chłodnym spojrzeniem.

— Gdzie je masz? Widzisz, co się dzieje. Jagoda właśnie zabierała się za bimber.

— Niech go, do psiej juchy, zostawi. Najlepiej niech odda go mi. — Lenny wyrwał dziewczynie butelkę. — A ty się uspokój. Jeśli tak ich suszy, niech wniosą beczki do środka. My musimy pogadać. Nie uwierzysz, co widziałem, wracając.

Barman zaprosił posłańca na zaplecze.

— Słyszeliście go. — Odwrócił się do zniecierpliwionych gości. — Brać się za noszenie. Chyba nie pozwolicie, żeby dama sama dźwigała takie ciężary?

Lenny siadł przy niedużym okrągłym stole i zabrał się za osuszanie butelki, wyrwanej przed kilkoma momentami kelnerce.

— Nie wiem, jak mogłeś pomyśleć, żeby zmarnować coś takiego na tych ochlapusów. — Przetarł usta rękawem i postawił trunek przed sobą. — Przecież oni nawet nie docenią tego, co piją. Dla nich to po prostu procenty.

— Co widziałeś?

Lenny zrozumiał. Odsunął od siebie flaszkę.

— Słyszałem plotki w mieście, choć nie chciałem im dać wiary. Wszyscy biegali jak oparzeni. Powtarzali tylko: Ralph wraca. Będzie w mieście! Jasna sprawa, zlałem całą tę ekscytację. Ileż to już razy taka wiadomość krążyła w wąskich uliczkach Urbs i na głównym deptaku. Powtarzali ją wszyscy, od robotników aż po specjalistów codziennie biegających do fabryki. Po prawdzie zapomniałem o tym, wyjeżdżając z miasta. Przypomniałem sobie, kiedy zauważyłem statek, przelatujący nad moją głową. I jakiegoś faceta, którego Cronenberg wyrzucił z pokładu. Ten psychopata niemal zrzucił go wprost na mnie. Dasz wiarę?

— Jesteś pewien, że to był Ralph? — Otton się ożywił. Wcześniej chciał usiąść, ale teraz nerwowo chodził po pokoju, drapiąc się po głowie. — Skontaktujesz się z Joelem Martensem. Poślesz mu list albo zadziałasz tak, jak zwykle. Tylko niech nikt nie zobaczy was razem.

— Ma się rozumieć. Co ma być w liście?

— Każesz mu uruchomić Kasjusza. Najwyższa pora, by wyciągnąć go z tego bagna. Już niedługo minie rok, odkąd… — Barman zapatrzył się w mapę miasta powieszoną na jednej ze ścian pokoju.

— Szefie. Po co nam ten chłopak? Kim on jest? Myślałem, że mamy wszystko, czego potrzebujemy.

Otto stał jeszcze chwilę, zatopiony we własnych myślach. Potem jakby się ocknął.

— Była nas piątka. Ja, Joel Martens, Edgar Tricky, Ralph i Wiktor. Edgar po kłótni z Martensem przeniósł się do stolicy, a Joel dla świętego spokoju został w Urbs. Historię moją i Ralpha znasz.

— A ten cały Wiktor?

— To był ojciec Kasjusza. Pomagał mi ogarnąć cały ten burdel. Gdyby nie on, Urbs w ogóle by nie powstało. Ja mogłem rysować plany, ale to on był specem od wszystkiego. On budował, liczył, zlecał robotę. Choć Ralph miał na ten temat inne zdanie.

— I gdzie on teraz jest? — Lenny wciągnął się w historię i zapomniał o stojącym przed nim samogonie.

— Nie żyje.

— Więc chłopak…

— Do niedawna mieszkał z dziadkiem. Ale dziadek też zmarł. I biedak został sam. Joel go pilnuje i stara się podsyłać mu mniejsze lub większe zlecenia. Sam wiesz, jak to tam wygląda.

— A Wiktor… Zszedł, że tak powiem, naturalnie?

Barman prychnął z ironią, co Lenny przyjął dość obojętnie. Jako miejski milicjant miał okazję być świadkiem świństw, jakie gwardziści czy władza, w tym sam Ralph, serwowali obywatelom. Spokojnie obserwował monotonię życia w mieście, wegetację od wschodu do zachodu i walkę o każdy haust powietrza, o każdą kromkę chleba i kubek wody. Czasem było ciężko, ale robił to na życzenie Ottona. Musieli trzymać rękę na pulsie.

— Chcesz mu poprawić jakość życia? Temu Kasjuszowi? Tutaj ci się nie uda.

Otton pokręcił głową.

— Chcę, żeby dowiedział się prawdy o swoim ojcu i dziadku. Żeby mógł z dumą patrzeć w oczy… — Barman urwał, słysząc hałasy z sali. — Chodź. — Kiwnął głową Lenny’emu.

Kelnerka wreszcie podpięła beczułkę pod kran, a Otto zaczął napełniać kubki, kufle, miski i inne naczynia, z których pili goście. Spojrzał na Lenny’ego.

— Wracaj do miasta i skontaktuj się z Joelem. I pamiętaj, nikt nie może widzieć was razem.

Mężczyzna kiwnął głową i w pośpiechu opuścił bar.

— Czemu robicie z tego taką tajemnicę?

— Oj, mała, mała. W Urbs już nic nie jest takie łatwe. W ten sposób Joel może pracować w fabryce, a Lenny w gwardii. Inaczej obaj wylecieliby na zbity pysk. A tego nie chcemy.


Czarny, gęsty dym buchał z jednego z kominów fabryki. Unosił się na kilka metrów ponad dachy miejskich zabudowań, by wieczorami opaść, zasnuć złowrogą mgiełką wszystkie ulice, alejki i zaułki i pozostawić na ścianach oraz oknach kilkumilimetrową warstwę sadzy. Joel Martens nie zdejmował maseczki ani na zewnątrz, ani wewnątrz. Pochylał się nad notatkami, próbując wyliczyć, jakie ciśnienie udało im się uzyskać w piecu. Sfrustrowany i zagubiony z mozołem odcyfrowywał zapiski mańkuta, z którym przyszło mu współpracować. Potargał przerzedzone włosy. Studium przypadku przerwało mu pukanie do drzwi. Westchnął poirytowany. Rzucił okiem na korytarz i nie zauważywszy nikogo, wrócił do obliczeń. Zaraz potem usłyszał chrząknięcie.

— Można? — Jeden z doktorantów, odpowiedzialnych za zbudowanie pieca, parzenie kawy i donoszenie naostrzonych ołówków, stał w głębi korytarza, czekając, aż szef wydziału pozwoli mu wejść.

— Jasne, przepraszam. Nie widziałem cię przez ten smog. Zrobiliście postępy?

Młody naukowiec pokiwał głową.

— Mam list. Przyniósł go jakiś gwardzista. Narzekał, że więcej nie będzie nosił poczty z ratusza …

Martens uśmiechnął się półgębkiem.

— Jak wyglądał?

— Ledwie go widziałem. Grubawy, dość powolny.

Joel pospiesznie zabrał list i odprawił chłopaka.

— Dziękuję! „Ralph wraca do miasta. Wyślij wiadomość Kasjuszowi. Zaczynamy”. — Odpalił kilka zapałek, próbując zniszczyć wiadomość. Przy czwartej wreszcie mu się udało. Nie czekając ani chwili dłużej, pognał do biura dyrektora.

Wpadł do wewnątrz, cały umorusany węglowym pyłem. Zabrudził dywan, a przez otwarte na oścież drzwi do środka wdarły się pierwsze smugi smogu.

— Zamknij je pan! — Sekretarka była wściekła.

Musiała mieć wewnątrz coś na wzór klimatyzacji, bo w gabinecie nie tylko było widno, lecz dało się także oddychać bez maseczki.

— Dlaczego nikt nie powiedział mi, że wraca Ralph… to jest, pan Cronenberg?

— A dlaczego ktoś miałby się przed panem tłumaczyć, panie…?

— Martens. Joel Martens. Mam złożyć raport panu Cronenbergowi, jak tylko się pojawi.

Kobieta spojrzała do notatek. Pośrodku biurka zawalonego wszelkiego rodzaju dokumentami znalazła małą karteczkę.

— Poinformować pana Martensa o powrocie szefa — przeczytała. — Cóż, moje niedopatrzenie. Pan widzi, ile mam roboty.

— Więc? Kiedy wraca?

— Właściwie… teraz. — Wskazała na okno.


Starszy mężczyzna w znoszonym mundurze miejskiej gwardii wspiął się na mur okalający miasto. Po kilku minutach wędrówki stromymi schodami, stanął na ich szczycie. Sapał przez dłuższą chwilę, a kiedy już wykaszlał drobinki sadzy z płuc i uspokoił oddech, spojrzał na rozciągające się poniżej blaszane budki i sypiące się kamienice, wyrastające tu i ówdzie ponad górną warstwę smogowej mgły. Od czasu do czasu w bramie lub w bocznej uliczce mignął jakiś zagubiony mieszkaniec. Nawet główna aleja, wiodąca od ratusza aż po główną bramę wjazdową, na której kiedyś roiło się od handlowców i bezrobotnych mieszkańców, teraz bardziej przywodziła na myśl opuszczoną metropolię, przetrzebioną przez nieznaną chorobę, aniżeli prężnie działające miasto.

Za nim, zwinnie niczym kozica, wbiegł młodszy kolega. Przeskakiwał po dwa, trzy stopnie i z dumą wyprostował się, dzierżąc w dłoni wyczyszczoną dubeltówkę.

Starszy gwardzista westchnął, poirytowany postawą młodzika. Zdjął ze zmęczonego ramienia rdzewiejący przy zamku karabin. Oparł broń o ścianę z piaskowej skały i usiadł na drewnianej skrzyni. Włożył do ust wysuszonego na wiór papierosa. Wyjął zapalniczkę i pstryknął nią kilka razy.

Siedzący na przeciw chłopak sięgnął po zapałki i podał starszemu koledze.

— Jest sens? Tu i tak ledwie da się oddychać.

Starszy strażnik chciał się odezwać, ale przerwał mu podejrzany, irytujący dźwięk. Swoją intensywnością niemal wprawiał w ruch smog ponad budynkami. Zaraz potem z wnętrza brunatnej chmury wyłonił się masywny pojazd latający. Statek przeleciał nad murem, zostawiając za sobą zdziwionych strażników.

Młody pilot niewprawnie manewrował manetkami. Zmniejszał dopływ pary do dolnych i bocznych dysz, co rusz podnosił i opuszczał dziub statku. Ale Vertstriker nie chciał współpracować. Zatrzymał się dopiero kilkanaście metrów za fabryką i tam zaczął obniżać pułap. Pilot szybko pociągnął za wolant. Pojazd uniósł się i z trudem ustawił ponad fabryką. W chwilę później pasażerowie Verta poczuli i usłyszeli uderzenie podwozia o betonową płytę, którą ktoś kiedyś przezornie ułożył na dachu.

Z pokładu pierwszy wyszedł Ralph Cronenberg, wysoki dżentelmen o kwadratowej szczęce i bujnej czuprynie. Mężczyzna zmarszczył czoło i nasunął na twarz maseczkę, którą do tej pory trzymał pod brodą.

— W samą porę. — Na Ralpha czekał ciemnoskóry, osmolony, brodaty mężczyzna. Nerwowo ściskał przepoconą czapkę i przestępował z nogi na nogę. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie urodził się w Urbs. Karmelowa skóra i bujny zarost wskazywały na południe kontynentu.

— Joel? Martens? — Ralph spojrzał w twarz zdenerwowanego naukowca. — Nie poznałem cię.

Joel prychnął. Przetarł czoło i podał przełożonemu mokrą i brudną od sadzy dłoń.

— Dysze nadal nie działają, jak powinny. — Cronenberg zmienił temat.

Joel mruknął pod nosem, że w wolnej chwili ktoś zajmie się problemem. Zaraz potem wskazał Ralphowi drogę na dół, w głąb ciemnej i dusznej klatki schodowej. Ralph pozwolił mu na ten gest, choć sam doskonale wiedział, gdzie powinien iść. To on budował tę fabrykę.

W długich, dawniej bielonych korytarzach wyłożonych zimnymi kafelkami, teraz wypełnionych smogiem, biegali ludzie umorusani pyłem węglowym. Na widok właściciela zatrzymywali się, poprawiali fryzurę, pochylali głowę w powitalnym geście i biegli dalej.

— Ile wam jeszcze brakuje? — Ralph z trudem łapał powietrze.

— Jesteśmy w trakcie wytwarzania odpowiedniego ciśnienia w piecu. Ale nie wiem, czy ta metoda okaże się skuteczna. Nie wiem nawet, czy w naszych warunkach jest możliwe…

— Zdążycie?

Martens pochylił głowę.

— Polecimy, jak jest. — Ralph nie chciał dać po sobie poznać, ale cieszył się, że statek nie jest gotowy.

— Przepraszam, ale co z inżynierem? — Joel rozejrzał się za mężczyzną, z którym Ralph wyruszył w podróż.

Cronenberg spojrzał na podwładnego i uśmiechnął się tajemniczo.

— Nie sprawdził się. Będę potrzebował nowego. Na razie wezmę ciebie, a w międzyczasie zorganizujemy wyścig.

Joel nie potrafił ukryć niezadowolenia.

— Skąd ten pośpiech? Skoro już tu jesteś, to jest, skoro już pan tu jest, chyba nie ma powodu do pośpiechu?

Ralph westchnął z irytacją.

— Ile razy ci mówiłem, żebyś mi nie panował? Dalej masz żal? Polecisz ze mną do Rhodum. Może odwiedzimy… no, sam wiesz kogo.

Naukowiec popatrzył na Ralpha cynicznie.

— I będziemy wszyscy uśmiechać się do siebie, jak gdyby nigdy nic? Po co właściwie mamy lecieć do stolicy?

Cronenberg rozejrzał się konspiracyjnie, próbując dostrzeć coś we mgle ciągnącej korytarzami od pomieszczenia z piecem aż ku drzwiom wyjściowym.

— Nie tutaj. Pełno tu kretów. Już nikogo nie można być pewnym. Ten ostatni inżynier… Był szpiclem rady. Miał im meldować, jak idą prace. Wysłali swojego człowieka, niemal rok czekali, aż zdobędzie moje zaufanie.

— Co pan z nim zrobił?

— Cholera, Joel!

— Co z nim zrobiłeś? Jeśli nie chcesz rozmawiać, tutaj chodź do miasta. Tam trudniej będzie nas podsłuchać. — Poprowadził Ralpha ku wyjściu, a dalej ku głównej alei Urbs. — Więc co z nim zrobiłeś?

Ralph wziął głęboki wdech. Wiatr dmuchał coraz mocniej i rozwiewał smogową chmurę.

— Powiedzmy, że wspiął się zbyt wysoko. A wszyscy wiemy, jak boli upadek z wysoka. — Cronenberg zaśmiał się szyderczo.

— Ale skąd ten pośpiech? Dlaczego musimy lecieć do Rhodum? — Joel liczył, że odwiedzie Ralpha od tego pomysłu. Podszedł do stoiska z uliczną żywnością. Wskazał na obracające się wolno nad ogniem szczurze mięso. — Wezmę jednego.

Ralph skrzywił się na ten widok.

— Jak możesz to jeść?

Joel urwał kawałek piersi i podał Ralphowi.

— Spróbuj, smakuje prawie tak dobrze jak kurczak. Pamiętasz kurczaki?

Ralph wzdrygnął się z obrzydzeniem. Wolał nie jeść mięsa, niż faszerować się padliną, która jeszcze poprzedniego dnia żywiła się wszystkim, co on wyrzucił do kosza.

— Nie. Jak w ogóle możesz ich wspierać? Kupując te ich szczury i stare bataty, tylko ich zachęcasz. Niech wiedzą, że lenistwo nie popłaca. Wzięliby się lepiej za normalną robotę.

Joel nie zwrócił uwagi na złośliwość szefa.

— Dlafego mufimy lefieć do Rhodum? — Opluł Ralpha kawałkami szczurzego mięsa. — Nie mofemy zafekać jefcze kilka dni?

— Cholera, przełknij najpierw. Rada na mnie naciska. Chcą jak najszybciej zobaczyć statek. Vittori stwierdził, że nie może dłużej czekać. Mogą chcieć zatrzymać Verta. Klucz to przekonać ich, że jeszcze nie jest gotowy.

— A ten inżynier? Naprawdę był szpiclem?

— Widziałem, jak śle kruki. Złapałem jednego. Nawet pokazałem temu biedakowi przechwyconą wiadomość, ale wszystkiego się wyparł. Chodźmy stąd. Mam dość tego plebsu. Jak w ogóle można żyć w tych warunkach? Nie po to tworzyłem to miasto, żebym teraz musiał mieszać się z tą hołotą. — Podniósł głos.

Joel nagle jakby się obudził; jakby wcześniej drzemał i teraz ktoś go szturchnął, każąc mu wrócić do rzeczywistości. Spojrzał na wieżę, w której trzymano kruki pocztowe.

— Muszę coś załatwić. Spotkamy się w fabryce. Daj mi tylko znać, kiedy lecimy. Muszę załatwić kilka rzeczy i, rzecz jasna, zlecić przegląd Verta.


Kasjusz zrobił zamaszysty ruch dużym kluczem francuskim. Otworzył przepustnicę, po czym wrzucił do pieca kilka kruszących się bryłek węgla. Kiedy wskazówka ciśnieniomierza uniosła się z zera na czwórkę, a z rury nad bojlerem pod sporym ciśnieniem wydostało się gorące powietrze, nastolatek krzyknął w stronę schodów:

— Gotowe, pani O’Shonesy!

— Dziękuję ci, chłopcze.

Chłopak pozbierał narzędzia. Wsadził je do bawełnianego worka, po czym zarzucił go na ramię. Wchodząc na górę, raz jeszcze spojrzał na barometr hydrauliczny. Uznawszy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wdrapał się na parter.

— Może zostaniesz na kolacji? — Gospodyni wręczyła chłopakowi garść monet.

Kasjusz tylko się wzdrygnął, podziękował i w pośpiechu opuścił zagracone mieszkanie. Niemal wybiegł na zewnątrz. Z ulgą stanął na ulicy i nabrał w płuca powietrza. Zakrztusił się i wykaszlał kilka drobinek sadzy. Przeklął w myślach fabrykę i pracujących tam ludzi.

— Co oni, do cholery, robią?

Przemknął ciemnymi uliczkami na drugą stronę opustoszałej dzielnicy. Ostatni sprzedawcy pakowali graty i zamykali szczęki. W jednej z bocznych alejek ktoś błagał o życie, kilkanaście kroków dalej jakaś kobieta wzdychała w miłosnym uniesieniu. Kasjusz ignorował wszystko, szedł żwawo, podbiegał, gnał na złamanie karku, a potem znów truchtał, aż dotarł pod drzwi piętrowego budynku, w którym wynajmował nieduży pokój.

Rozproszone światło świeczek poustawianych na drewnianej werandzie, biegnącej niemal nieprzerwanie wzdłuż loggi, walczyło z wszechogarniającym mrokiem i smogiem. Wokół ledwie tlących się płomieni skupiały się świetliki, rzucając na ściany budynku interesujące, czasem dość niepokojące cienie. Chłopak wszedł na piętro po rozchybotanych schodach. Szybko otworzył drzwi i zniknął w mieszkaniu.

Odetchnął z ulgą. Zdjął z twarzy gogle, przewiesił skórzaną kurtkę przez oparcie krzesła i rzucił się na łóżko. Zaskrzypiało, a z materaca buchnęła chmura kurzu. Kasjusz zakasłał. Kilka chwil leżał na przepoconej pościeli, z twarzą skierowaną ku przeszklonej kopule, zainstalowanej pośrodku sufitu. Wspomniał dziadka, który wpadł na pomysł, by zdemontować fragment dachu i zastąpić go szklaną kopułą. To dzięki niej mogli wspólnie obserwować niebo. Przez kilka chwil próbował uspokoić drżenie zmęczonych nóg, całą uwagę skupiając na obserwowaniu nieba, zasnutego brunatną mgiełką. Gwiezdna gra świateł z czasem przebiła się przez zanieczyszczone powietrze, zawładnęła umysłem chłopaka, wprawiła go w stan błogiego otępienia i uśpiła.

W godzinę po brzasku obudziło go ciche dudnienie. Coś natrętnego próbowało dostać się do wnętrza jego malutkiej sypialni. Zaspany nie mógł jednak dostrzec, co lub kto domaga się wpuszczenia. Dopiero po kilku chwilach zauważył na parapecie egzotycznego metalowego ptaka. Z czystej ciekawości podniósł się z materaca i uchylił okno. Zaskrzypiało. Szyba we framudze zadrżała, a pajączek, mieszkający gdzieś w rogu pomiędzy szybami zaprotestował i zbiegł na parapet.

Stworzenie dumnym, choć sztywnym krokiem przeszło przez futrynę. Rozwarło miedziany dziób. W gardzieli mechanicznego fenomenu wirował złoty cylinder. Obrotowy mechanizm pełen był wgłębień i wypustek, podobnych do tych w pozytywkach stojących na kredensie w kącie pokoju.

— Staw się… dzisiaj… fabryki. Daj dowód swoich…

Kasjusz zastygł. Ptak wystawił nogę, do której przymocowano małą sakiewkę. Wewnątrz błysnęła moneta. Na pierwszy rzut oka przypominała bilon akceptowany w większych miastach Genei. Nie był to jednak denar, sestercja czy as. Na awersie brakowało znaków, zaś rewers ozdobiono ledwie wyczuwalnym wzorem.

— Weź! I bądź w fabryce… w apogeum.

Wydarzenie było na tyle intrygujące, że młody inżynier od razu uwierzył w prawdziwość zaproszenia, i na tyle niecodzienne, by zmusić do przedsięwzięcia specjalnych środków ostrożności. Kasjusz schował w kaburze nad kolanem pistolet na śrut, który dostał od dziadka na dziesiąte urodziny i który na co dzień zalegał w dolnej szufladzie komody pod oknem. Sięgnął po zdartą na łokciach skórzaną kurtkę, wkładaną niegdyś na polowania z ukochanym dziaduniem, nasunął na czoło miedziane gogle odziedziczone ponoć po ojcu i, by nie tracić czasu, wybiegł przez otwarte okno na galerię. Zbiegł po schodach, nie bacząc na posiwiałą sąsiadkę, z trudem gramolącą się na górę z zakupami.

Niewielki, wyłożony kostką brukową plac, niemal na siłę wciśnięty między budynki laboratoriów, wypełnił się technikami i alchemikami. Ci drudzy czaili się pomiędzy rosłymi mechanikami, udając zwykłych gapiów, a na każdy szmer się płoszyli. Swoim zachowaniem przypominali pustynne dziki, które w grupie były silne, ale otoczone przez większych od siebie zakopywały się w wydmach i przeczekiwały niebezpieczeństwo.

Na wprost od wejścia na plac, na wykafelkowanym balkonie głównego gmachu, ozdobionym dwoma długimi kawałkami zielonego sukna z godłem miasta, stanął pan Cronenberg.

— Moi drodzy! — Kaszlnął. — Jak co roku, postanowiłem zorganizować wyścig.

Wśród ludzi zebranych na placu zapanowało niewielkie ożywienie. Kilkoro zgromadzonych klasnęło raz czy dwa. Kasjusz dałby sobie głowę uciąć, że byli to pracownicy fabryki.

— Poprzedni zwycięzca wyprowadził się do centralnej dzielnicy. Pewnie pamiętacie, jak wjeżdżał do miasta na nowej ATV-ce. To był naprawdę niezły łup!

Ponownie rozległy się skromne brawa.

Kasjusz rozpoznawał znajome twarze. Byli to przeważnie starsi mężczyźni, którzy zaczęli pracę, zanim on, nieletni mechanik aspirujący do miana inżyniera, dziedzic mieszkania w dzielnicy naukowców, potencjalny inżynier i nadzieja nowego pokolenia, zdążył się urodzić. W tłumie dostrzegł także spore grono rówieśników, chcących się wyrwać z miasta i jednego, podejrzanego mężczyznę. Korpulentny jegomość nie przestawał mu się przyglądać. Kiedy już chłopak zebrał się w sobie, by podejść do nieznajomego, uwagę wszystkich przyciągnął wodospad ulotek, niespodziewanie wystrzelonych z jednego z okien. Każda zawierała te same informacje.

Wydostać się za mur.

Dotrzeć do innego miasta.

Pozyskać nową technologię.

Wrócić z łupem.

Mężczyźni rzucili się na tańczące w powietrzu kawałki papieru. Cronenberg chciał wtrącić trzy grosze, ale ludzie nie zwracali na niego uwagi. Kasjuszowi chwilę zajęło dotarcie do ulotki. Nie mógł przebić się przez otaczających go wielkoludów. Dopiero kiedy pozostali przeczytali i rzucili na ziemię pomięty papier, zdołał dowiedzieć się, jakie są zasady gry. I już pierwszy punkt średnio mu się podobał. Trzydzieści lat wcześniej ludzie mogli swobodnie poruszać się po Genei, ale teraz, kiedy zaczynało brakować paliwa i gdy kurczące się zapasy ropy doprowadziły do zamykania granic, zadanie wydało się Kasjuszowi co najmniej… dziwne. Punkt drugi również mógł spędzać sen z powiek. Sama podróż nie była problemem, chłopak potrafił skonstruować szybki pojazd. Rzecz w tym, żeby zdobyć odpowiednią mapę. Nad trzecim i czwartym punktem nawet się nie zastanawiał. Trzymał się zasady: jeden absurdalny problem na raz.

Tłum zniknął szybko. Mniej ambitni mechanicy, konstruktorzy i alchemicy, przywiązani do rodzin i względnej wygody, wrócili do domów. Kasjusz natomiast stanął w bramie, wahając się, którą ścieżką podążyć, i rozglądając się w poszukiwaniu tajemniczego grubasa.

Powrót oznaczał życie w szarej masie. Taka egzystencja zapewniała mu stabilizację i bezpieczeństwo. Udział w wyścigu to z kolei możliwość przeżycia przygody, która oczywiście mogła się skończyć niespodziewaną śmiercią. Mogła też jednak zaprowadzić go dalej. Tak daleko, że bał się nawet marzyć o tym, co mogło go czekać. Jednak bez zlokalizowania innego miasta nie było sensu próbować. Samotna eskapada bez planu po otaczających metropolię bezdrożach mogłaby skończyć się wycieńczeniem organizmu. Mimo to w Kasjuszu rosła nadzieja. Jakoś to będzie. Przecież nie wszyscy się zdecydują. Może będzie tym jedynym szczęśliwcem.

W drodze powrotnej, której towarzyszyło mu nieustanne uczucie bycia obserwowanym, odwiedził znajomą kantynę. Dawniej bywał tam z dziadkiem, ale po jego śmierci unikał miejsc, przywołujących bolesne wspomnienia. Dlatego z lekkim oporem przekroczył próg. Chciał jednak pozbyć się ogona. Przywitał go znajomy smród: mieszanina uryny, oparów alkoholu i przesiąkniętych potem skórzanych kurtek. Zaduch, który nie przeszkadzał bywalcom i który drażnił nowych. Chłopak z wahaniem podszedł do kontuaru. Głęboko powątpiewając w to, co zamierzał zrobić, wręczył barmanowi notatkę z adresem oraz ceną za mieszkanie. Zdawał sobie sprawę, że w takim miejscu nie znajdzie nikogo, kto byłby w stanie zapłacić odpowiednią kwotę, ale mimo wszystko poprosił, by przypiąć ofertę na słupie. Żaden inny pomysł nie przychodził mu do głowy.

— Teraz muszę tylko zdobyć mapę. — Miał wrażenie, że przekroczył niewidzialną granicę, zza której nie było powrotu.