Sen o wolnym świecie – rozdział pierwszy

Siwiejący już mężczyzna z ulgą zdjął z ramienia ciężki półautomatyczny karabin. Oparł broń o ścianę, usiadł na drewnianej skrzyni i włożył do ust wysuszonego papierosa. Spróbował odpalić go niedziałającą zapalniczką.

– Trzeba ją wymienić – siedzący naprzeciw chłopak podał starszemu koledze paczkę zapałek.
– Wszystko byście wymienili. To pamiątka. – Mężczyzna wyciągnął dłoń po ogień.

Od strony pustyni zawiał wiatr. Zdmuchnął rozrzucone na skrzyni karty. Zaraz potem uszu strażników dobiegł irytujący dźwięk. Swoją intensywnością wprawiał w ruch stojące nad miastem powietrze.

Z wnętrza kłębiastej chmury wyłonił się potężny latający pojazd. Przeleciał ponad murami, zostawiając za sobą ludzi stojących na fortyfikacjach.

Siedzący za sterami młody mężczyzna niewprawnie manewrował manetkami. Z widoczną nerwowością w ruchach zmniejszał dopływ pary do dolnych i bocznych dysz. Vertstriker nie chciał współpracować, zatrzymał się dopiero za budynkiem i tam zaczął opadać. Pilot szybko pociągnął za wolant, powtórzył całą sekwencję i w chwilę później pasażerowie poczuli uderzenie podwozia o betonową płytę ułożoną na dachu fabryki.

Z pokładu pierwszy wyszedł Ralph, wysoki jegomość o kwadratowej szczęce i bujnej czuprynie.

– W samą porę – powiedział czekający u drzwi klatki schodowej ciemnoskóry, brodaty mężczyzna. Nerwowo ściskał czapkę i przestępował z nogi na nogę. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie urodził się w Urbs. Karmelowa skóra i bujny zarost wskazywały raczej na południe kontynentu.
– Joel Martens? – Ralph spojrzał w jego twarz i zaśmiał się. – Przypomnij mi, twój ojciec był mechanikiem?

Joel prychnął niezadowolony. Przetarł spocone czoło i podał dłoń przełożonemu.

– Dysze nadal nie działają, jak powinny. – Ralph zauważył oburzone spojrzenie naukowca i zmienił temat.

Joel chciał się odgryźć. Nie zdobył się jednak na odwagę, mruknął tylko pod nosem, że zajmie się problemem. Zaraz potem wskazał Ralphowi drogę na dół.

W długich korytarzach ludzie biegali od jednego laboratorium do drugiego. Każdy umorusany pyłem i ze zwichrowanymi włosami. Na widok Cronenberga zatrzymywali się, poprawiali fryzurę, pochylali głowę w powitalnym geście i biegli dalej.

– Ile wam jeszcze brakuje? – zapytał Ralph.
– Opracowaliśmy metodę generowania karbonu i jego samospalania – powiedział Joel. – Mamy tylko problem z produkcją wody. Nie potrafimy osiągnąć odpowiedniego poziomu…
– Zdążycie?

Martens pochylił głowę.

– Polecimy, jak jest – rozkazał Cronenberg. Nie chciał dać tego po sobie poznać, ale cieszył się, że statek wciąż nie jest gotowy.

Joel zmarkotniał. Czuł, że owo polecimy, dotyczyło również jego osoby. Wiedział też, że nie może sprzeciwić się poleceniu. Tylko za nic myślał wyściubiać nos poza próg własnej pracowni. Nie chodziło mu nawet o niechęć wobec dawnego przyjaciela, ale o zwykłą wygodę. Lubił pracę za biurkiem.

– A co z inżynierem? – zapytał z nadzieją Ralpha.

Ralph uśmiechnął się z ironią i skwitował jednym krótkim:
– Zorganizujemy wyścig.

***
Kasjusz zrobił zamaszysty ruch dużym francuskim kluczem. Otworzył przepustnicę bojlera i wrzucił do pieca bryłkę węgla. Kiedy wskazówka ciśnieniomierza nieco się uniosła, a z rury ponad bojlerem pod sporym ciśnieniem wydostało się gorące powietrze, nastolatek krzyknął w stronę schodów:

– Gotowe, pani Oshonesy!
– Dziękuję ci chłopcze! – odpowiedziała mu kobieta.

Chłopak pozbierał narzędzia, wrzucił je do bawełnianego worka i skierował kroki ku schodom. Wspinając się ku górze, raz jeszcze spojrzał na tarczę ciśnieniomierza. Kiedy uznał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wdrapał się na parter, po czym zatrzasnął za sobą klapę.

– Może zostaniesz na kolacji? – Gospodyni wręczyła mu garść monet i zapytała z charakterystyczną starczą nachalnością.

Kasjusz tylko wzdrygnął się, podziękował i w pośpiechu opuścił mieszkanie. Trochę z myślą o kolejnym dniu, a trochę w obawie przed wieczorem spędzonym w towarzystwie samotnej, zdesperowanej staruszki.

Niemal wybiegł na zewnątrz. Przemknął ciemnymi uliczkami na drugą stronę dzielnicy, aż dotarł pod drzwi budynku, w którym wynajmował pokój.

Światło bijące od świeczki stojącej na ganku walczyło z wszechogarniającym mrokiem. Chłopak wszedł na piętro i zamknął za sobą drzwi. Zdjął gogle, przewiesił ciemnozieloną kurtkę przez oparcie krzesła i rzucił się na łóżko. Zaskrzypiało, a z materaca buchnęła chmura kurzu.

Kasjusz kilka chwil leżał na przepoconej i śmierdzącej pościeli z twarzą skierowaną ku przeszklonej kopule, zainstalowanej pośrodku sufitu dobre kilkadziesiąt lat wcześniej. Próbował uspokoić drżenie zmęczonych rąk, całą uwagę skupił na obserwacji bezchmurnego nieba. Gra świateł zawładnęła jego umysłem, wprawiła w stan błogiego otępienia i uśpiła.

W godzinę po brzasku obudził się, słysząc ciche dudnienie. Coś natrętnego próbowało dostać się do wnętrza sypialni. Szczypiące oczy nie pozwalały jednak dostrzec nastolatkowi, co lub kto domaga się wpuszczenia. Dopiero po kilku chwilach Kasjusz zauważył czekającego na parapecie egzotycznego ptaka. Z czystej ciekawości podniósł się z materaca i uchylił okno.

Stworzenie dumnym choć trochę sztywnym krokiem przeszło przez futrynę. Rozwarło miedziany dziób. W gardzieli mechanicznego fenomenu wirował złoty cylinder. Obrotowy mechanizm pełen był wgłębień i wypustek. W jakiś magiczny sposób, choć Kasjusz nie wiedział jak, nagrano na nim ludzki głos.

– Staw się … dzisiaj … fabryki. – Dźwięk urywał się, utrudniając zrozumienie wiadomości. – Daj dowód swoich … a … doczekasz … czasów.

Kasjusz zastygł. Istota jednak nie przejmowała się tym i wystawiła nogę, do której przymocowano małą sakiewkę. Wewnątrz, odbitym światłem błyskała filigranowa moneta. Na pierwszy rzut oka przypominała bilon akceptowany w większych miastach Genei. Nie był to jednak denar, sestercja czy as. Na awersie nie było żadnych znaków, zaś rewers ozdobiono w ledwie wyczuwalny wzór.

– Weź! – Ponaglił go ptak. – I … w fabryce … apogeum.

Wydarzenie było na tyle intrygujące, iż pozwoliło uwierzyć młodemu inżynierowi w prawdziwość zaproszenia i na tyle niewiarygodne, że zmusiło go do przedsięwzięcia specjalnych środków ostrożności. Kasjusz schował w kaburze śrutowy, półautomatyczny pistolet, ten sam, który dostał od dziadka na dziesiąte urodziny i który na co dzień zalegał w dolnej szufladzie komody stojącej pod oknem, sięgnął po zdartą na łokciach skórzaną kapotę, nasunął na oczy miedziane gogle, i, by nie tracić czasu, wybiegł przez otwarte okno na pochyły daszek. Zeskoczył na deptak, a zaraz potem zniknął w gęstniejącym ulicznym tłumie.

Sprawdź też to

Sen o wolnym świecie – rozdział drugi... Drugi rozdział mojej pierwszej powieści. Sen o wolnym świecie to przygodowa powieść postapokaliptyczna o świecie przyszłości pełnym XIX-wiecznych wynalazków.
Sen o wolnym świecie – rozdział trzeci... Trzeci rozdział mojej pierwszej powieści. Sen o wolnym świecie to przygodowa powieść postapokaliptyczna o świecie przyszłości pełnym XIX-wiecznych wynalazków.
Scroll Up