Sen o wolnym świecie – rozdział drugi

Martens po raz ostatni sprawdził zawartość plecaka. Nie był specjalnie zadowolony z propozycji Ralpha. Nie wiedział, czy jest to bardziej wina domatorskiego trybu życia, czy niechęci wobec dwumetrowego właściciela fabryki. Jakkolwiek, nie śmiał mu odmówić. Utrata pracy była chyba najmniejszym zmartwieniem w tym przypadku, ale i ta perspektywa nie napawała go optymizmem.

Sięgnął po zestaw narzędzi, wrzucił je do bagażu i zaciągnął paski. Pomimo, iż cała ta eskapada miała być tylko rutynowym przelotem do pobliskiego miasta, mężczyzna wiedział, że musi być przygotowany na każdą okoliczność.

– Pora pożegnać się z pracą w spokojnym biurze – pomyślał.

Sięgnął po czarną, skóropodobną kurtkę. Obwiązał szyję długim szalem, a grube palce z trudem wcisnął w wytarte rękawiczki.

Na dachu czekał już statek. Na obu burtach, oprócz dysz, zamontowano błyszczące metalowe karabinki. Rozsuwające się wrota zastąpiły wykorzystywane do tej pory standardowe drzwi, a szara matowa farba, którą wykończono zewnętrzne poszycie doskonale podkreślała zawadiacki charakter wehikułu. Pojazdem sterować miał ten sam mężczyzna, którego Joel widział kilka dni wcześniej.

– Jestem nowym mechanikiem – powiedział Martens.
– Mhm – burknął pilot. Zaciągnął się papierosem, po czym rzucił go w dół, na ziemię.
– Nie jest zbyt rozmowny – z głębi statku dobiegł niewieści głos.

Joel wszedł na pokład i podał rękę kobiecie.

– Joel. Jestem…
– …nowym mechanikiem – dokończyła. – Nereida Avalyan Vardush. Ale możesz mówić mi Navi.
– Co tu robisz?
– Nawiguję – poprawiła kruczoczarne włosy.
– A on? Jak mu na imię?
– Lucky, ale to ksywka.

Joel chciał nawiązać bliższą znajomość, ale w drzwiach Verta pojawiła się wypoczęta twarz Ralpha. Nie minęło bodaj pół minuty, a pilot zajął miejsce za sterami. Do środka dowlókł się też pracujący na tyłach statku, bezimienny i chuderlawy urbsbańczyk. Był chyba najmizerniejszy z całej załogi. Jego kościste policzki i krótko przystrzyżone włosy, niestarannie ogolona twarz oraz wystające żebra zakryte jedynie zniszczoną już w znacznym stopniu, rozpadającą się kamizelką, jasno dawały do zrozumienia, że Ralph do kotłowni przyjął pierwszego lepszego miastowego. Joela zaskoczyło tylko, że Cronenberg osobiście powitał palacza i przepuścić go w drzwiach. Mężczyzna wsunął się w odmęty kotłowni i zatrzasnął za sobą metalowe drzwiczki.

Statek pod wpływem działań oblatywacza uniósł się ponad budynkami i skierował dziobem ku południowemu zachodowi.

– Kierunek Rhodum! – zameldował pilot.

Martens od razu poczuł moc nowych silników. Siedział w fotelu, obserwując coraz szybciej przesuwające się fortyfikacje. Chwilowo zapomniał o obowiązkach, jakie miał pełnić na pokładzie. Jego wzrok naprzemiennie przyciągał widok piaszczystego bezkresu, rozciągającego się za murami miasta i spoconych ramion Nereidy.

Patrząc z góry na oddalający się grunt i malejące zabudowania, człowiek zaczynał zastanawiać się nad sensem istnienia. A przynajmniej w przerwach między wpatrywaniem się w tyłek i biust smukłej pani nawigator.

***

Pierwsze kilkanaście kilometrów nie było problemem. Prosty szlak, sporadycznie pojawiające się zarośla i ubita ziemia dawały złudne poczucie bezpieczeństwa. Kasjusz zatrzymał się i sięgnął po małą manierkę wypełnioną wodą. Podmuchy wiatru rozwiewały mu włosy. W tle słyszał jedynie pobrzękiwanie owadów.

Z czasem, gdzieś w oddali zabrzmiał inny, bardziej niepokojący dźwięk. Miarowy mechaniczny warkot z każdą sekundą przybierał na sile. Na południowym zachodzie widać było unoszące się kłębowisko kurzu. Spieszący obiekt przedzierał się przez piaskowe pagórki.

– Nie wiadomo, kto to jest – pomyślał nastolatek.

Wyłączył silnik i usiadł tak, by drewniany kufer zamocowany do jego pojazdu podtrzymywał mu plecy. Gdzieś z tyłu głowy wciąż kołatała mu myśl o tym, co zrobił. Bał się, że gwardia tak łatwo mu nie odpuści. Okopał się tuż za czterokołowcem i czekał.

Pobrzaski wschodzącego słońca rozświetliły twarz młodego inżyniera. Natychmiastowe uderzenie gorąca rozbudziło go lepiej niż filiżanka świeżo mielonej kawy. Zaklął. Nie potrafił wybaczyć sobie tego, że tak łatwo zasnął. Zaciągnął na twarz przewiązaną pod szyją czarno-białą chustę, ubrał skórzane rękawice i uruchomił silnik. Wdrapał się na siedzisko i rozłożył mapę, którą wręczył mu jeden z członków bractwa. Ta wyraźnie wskazywała, że czeka go kilkudniowa podróż do miejsca, w którym spotykali się wszyscy wędrujący na południe, bądź z południa kontynentu. Nie miał czasu. Temperatura rosła z minuty na minutę, a wirujące przy ziemi zwały gorącego powietrza rozmywały linię horyzontu.

Widok kolejnych piaskowych wydm coraz bardziej nużył chłopaka. Droga ciągnęła się bez końca. Wiedział jednak, że nie ma już powrotu. Ponowne stawienie się w mieście skończyłoby się aresztowaniem i skazaniem, w najlepszym wypadku, na dożywocie. Wolał oglądanie wciąż i wciąż tych samych wydm, aniżeli użalanie się nad własnym losem. Jego zaduma nie trwała długo. Po kilku minutach zdziwił się, że nawet tak daleko od miasta nietrudno było mu znaleźć drogę prowadzącą do punktu postojowego. Mieszkańcom Urbs od lat wpajano zasady o zakazach podróżowania między metropoliami, truto umysły negatywnym wpływem słońca na ludzki organizm, ale szlak, którym teraz posuwał się naprzód przeczył wszystkiemu, co mówili politycy. Ziemia wokół wyjeżdżonych śladów pełna była śmieci, walające się puste beczki po zużytym paliwie czy opróżnione z alkoholu pojemniki pełniły funkcję kierunkowskazów. Z jednej strony cieszyło to Kasjusza, wiedział, że nie zboczył z właściwiej drogi. Z drugiej zaś irytowało go życie w kłamstwie. Nie potrafił pogodzić się z tym, jak bardzo był zaślepiony.

Mijał dzień za dniem, a cywilizacji wciąż nie było widać. Pierwszego podróżnika Kasjusz zobaczył trzy doby wcześniej. Zaledwie mignięcie w ciemności, ale był to pierwszy człowiek, którego spotkał w wolnym świecie. Okutany szmatami mężczyzna z postrzępionym, beżowym kapeluszem na głowie i blizną ciągnącą się przez całą twarz mknął w tym samym kierunku. Sądząc po wyglądzie konia, obieżyświatowi powodziło się dobrze.

Kasjusz nie pamiętał już, który raz słońce postanowiło schować się za piaszczystą linią widnokręgu. Kiedy księżyc osiągnął szczyt na rozgwieżdżonym firmamencie, uwagę chłopaka przyciągnęła zajmującą osobliwość. Pnąc się ku szczytowi wydmy, zauważył rosnące natężenie światła. Wyjaśnienie przyszło w momencie, gdy dotarł na samą górę.

Lampy zawieszone na wysokich palach po obu stronach drogi rozświetlały wejście do na wpół murowanego, na wpół blaszanego budynku. Nastolatek zręcznie ominął poidła dla koni i zaparkował swój pojazd przed bramą, gdzieś pomiędzy szarawym, okrytym jasną płachtą wierzchowcem a dwukołowym pojazdem napędzanym parą. Już z kilkunastu metrów, z miejsca, w którym rozprostował nogi po kilkunastogodzinnej podróży, dało się słyszeć głośne rozmowy.

Przez ostatnie dni żył dzięki myśli o zbliżającym się odpoczynku. Teraz jednak nie był pewien, czy naprawdę chce tam wejść. Na wszelki wypadek załadował broń. Do mieszka ze śrutem wrzucił kilka monet, a resztę schował na dnie kufra.

Sprawdź też to

Sen o wolnym świecie – rozdział pierwsz... Pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści. Sen o wolnym świecie to przygodowa powieść postapokaliptyczna o świecie przyszłości pełnym XIX-wiecznych wynalazków.
Sen o wolnym świecie – rozdział trzeci... Trzeci rozdział mojej pierwszej powieści. Sen o wolnym świecie to przygodowa powieść postapokaliptyczna o świecie przyszłości pełnym XIX-wiecznych wynalazków.
Scroll Up