Zabawne opowiadanie – Jajuchy, kiełbachy i stary byk, który patrzył na Maćka

Mam dla Ciebie zabawne opowiadanie o świętach Wielkanocnych. Jeśli lubisz dziwne poczucie humoru przeczytaj ten tekst! To niespełna pięcio-stronnicowa historyjka o mieszkańcu małego miasteczka na wschodzie Polski.

***
Kogo jak kogo, ale Maćka w wiosce znali niemal wszyscy. Był on jedynym niepełnosprawnym, który zamieszkiwał tereny od pola starego Kowalczyka, tego samego, którego krowa wyleciała w powietrze wchodząc na poniemiecką minę, aż po granicę kraju biegnącą wzgórzem, z którego zaś rozciągały się zapierające dech w piersi widoki na ukraińskie szczyty Wschodnich Karpat.

Niepełnosprawność chłopaka przejawiała się w lekkim opóźnieniu umysłowym, dlatego w wieku dwudziestu lat Maciek popełniał wszystkie gafy znane z zachowań nastolatków. Lekarze stwierdzili, że z czasem powinno być lepiej, o ile ktoś będzie w stanie przypilnować Maćka, by ten pracował nad sobą. Maciek mieszkał więc z osiemdziesięcioletnią babką i niewiele młodszą matką. Nie miał ani ojca, ani dziadka, bo była to rodzina, w której mężczyźni umierali wcześnie, kobiety zaś dobijały nawet do stulecia i męczyły się w samotności. Wierzyły, że na jedną kobietę przypada jeden chłop i nie wypada brać drugiego. Nawet, jeśli ten pierwszy przedwcześnie dochodził czy przedwcześnie odchodził.

W życiu Maćka zdarzały się momenty lepsze i gorsze. Swego czasu mieszkańcy miasteczka zaczęli nawet zauważać pewną prawidłowość. Gdzieś między kwietniem i październikiem zauważono przejawy wyjątkowej bystrości chłopaka, zaś w okresie jesienno-zimowym następował nawrót i Maciek wracał do swoich dziecinnych, niemal nieodpowiedzialnych zachowań.

Brygida, mama Maćka także zauważyła nieprzesadną bystrość syna tuż przed świętami Wielkiej Nocy. Dlatego po pierwszych pąkach, które w tamtym roku dość wcześniej pojawiły się na gałęziach brzóz rosnących nieopodal domu, Brygida wysłała Maćka do sklepu. Wierzyła, że zmuszając go do zakupów, przygotuje syna na chwilę, w której jej może zabraknąć. Maciek właściwie całą zimę czekał aż matka zawoła go do kuchni, wręczy portmonetkę i torbę, i każe kupić kilka bułek. Brygida stała wtedy z dumą w progu swojego niedużego domu i przypatrywała się synowi stawiającemu pierwsze kroki w samodzielność.

Dobra passa trwała przez niemal dwa tygodnie. Wielki tydzień był coraz bliżej, a mama Maćka pełna nadziei wpadła na pomysł. Po niedzielnym obiedzie z babcią i synem, na tydzień przed Triduum, wstała i z największą powagą na jaką tylko potrafiła się zdobyć, powiedziała:
– Synu, jako że idzie ci coraz sprawnij, w nastympnom sobotę zabierzesz tyn koszyczek, dom ci do niego kiełbach i jajuchów, i pódziesz go poświncić.

Maciek aż podskoczył z radości, babcia jednak nie była przekonana do pomysłu córki. Nie powiedziała słowa, bała się, że Brygida znów zarzuci jej wtrącanie się, dlatego stała tylko w progu drzwi, prowadzących do jej skromnej izby ze starym tapczanem okrytym wełnianą płachtą i patrzyła na Brygidę świdrującym wzrokiem.

Wielki Tydzień mijał szybko. Maciek w swoim notesie skrupulatnie odliczał dni. I nadszedł wreszcie upragniony poranek. Maciek obudził się już o piątej rano. Wyszykował się i zanim jeszcze Brygida zeszła w swojej znoszonej podomce do kuchni, by zwyczajowo zrobić sobie kawy, Maciek już czekał przy kuchennym stole w białej niedoprasowanej koszuli, spodniach z garnituru i lakierkach pamiętających czasy bierzmowania.

Brygida tylko westchnęła, uśmiechnęła się pod nosem zachodząc w głowę, czy babcia nie miała racji. Nastawiła czajnik.

– Jestem gotowy – powiedział Maciek.

Mama poklepała go po ramieniu i kazała zaczekać.

– Będą świncić od pół do jedenastej – powiedziała.

Maciek kiwnął ochoczo głową i rozsiadł się na krześle, nerwowo zerkając na zegarek. Co prawda potrafił odczytać godzinę, ale z tego wszystkiego jakoś o tym zapomniał; mniej więcej co trzy minuty zagadywał mamę, czy już może iść.

Po dziesiątej Brygida włożyła do koszyka ostatnie jajka i nakryła całość białą chustką.

– Suchej mnie, synu. Zabierzesz ten koszyczek, pódziesz prosto do kościoła i postawisz go na ołtarzu. Dokładnie zapamiętasz, gdzie go zostawiłeś, a po wszystkim zabierzesz świnconkę i przyniesiesz do domu.

Maciek kiwnął głową siląc się na jak najbardziej inteligentny wyraz twarzy. Mama wręczyła mu koszyk i życzyła powodzenia, tylko babcia stała w głębi chałupy i z dezaprobatą kręciła głową.

– Bydom świnta byz świnconki. Łoboczysz.

Brygida machnęła ręką na matkę i poszła sprzątać dom.

Maciek powoli wyszedł z ogrodu i zamknął za sobą bramę, dokładnie, tak jak uczyła go mama. Żeby stary burek nie uciekł. Chłopak minął dom sąsiadów, w jednej ręce trzymając koszyk, w drugiej zaś telefon. Siemensa, który był niemal tak stary, jak on sam. Komórka ledwie potrafiła obsługiwać smsy, ale Maćkowi to nie przeszkadzało. Trzymał telefon przed twarzą, jak robią to młodzi ludzi, kiedy chcą zrobić sobie zdjęcie.

– I na instagrama – powiedział do siebie, nie do końca wiedząc, co to właściwie znaczy.
– Maciek! – krzyknął mężczyzna z ogrodu znajdującego się przed domem po drugiej stronie ulicy. – Co tam niesiesz?

Maciek podniósł koszyk.

– Świnconkę!

Mężczyzna pokiwał łysiejącą głową z uznaniem.

– Chodź no tu.

Maciek przeszedł ostrożnie przez ulicę i podszedł do płotu. Mężczyzna wsunął mu pisankę pod białą serwetkę. Chłopak podziękował i poszedł dalej.

Trzy domy później zaczepiła go pani Obrochtowa, która jak co sobotę potrzebowała pomoc z zakupami. Maciek uznał, że nie może tak jej zostawić, postawił więc koszyczek na niedużym stoliczku w zagraconym przedsionku jej domku, zabrał listę zakupów i pobiegł do sklepu.

Kolejka była długa. Maciek wystał się za wszystkie czasy, zdążył wymienić kilka zdań z każdą osobą, a potem ostrożnie niósł zakupy do domu pani Obrochtowej. Wrócił po ponad godzinie. Podziękował za herbatę, z którą czekała już sąsiadka, zabrał koszyczek i ruszył do kościoła.

Po drodze pomógł jeszcze panu Mareckiemu ze sprzątaniem podjazdu i panu Szczurkowi z myciem starego Poloneza. I kiedy dotarł wreszcie pod nieduży drewniany kościółek, zrobiło się późno.

Eleganccy i uśmiechnięci ludzie wychodzili z kościoła. Maciek zatrzymał panią Kowalczyk, która niosła reklamówkę z jedzeniem.

– Pani Kowalczyk, kiedy będzie następne świncenie? Muszę poświncić! – Podniósł koszyczek.
– Kochaniutki, to było ostatnie dzisiaj. Już nie można.

Maciek posmutniał. Spuścił głowę, zwiesił ręce i zawrócił do domu.

Mijał kolejne gospodarstwa, nie patrząc na zaintrygowanych sąsiadów, którzy wołali na niego i pytali: co się stało? W pewnej chwili, idąc tak wpatrzonym we własne buty, Maciek zauważył leżący na ziemi kawałek gałązki, który wiatr zerwał z pobliskiej wierzby.

Chłopak pamiętając z lat poprzednich, jak święcił ksiądz, zanurzył gałąź w pobliskim rowie, w którym stała jeszcze woda po ostatnim deszczu i zaczął machać nią nad koszykiem, mówiąc:

– Jo wos chrzcza, kiełbachy – machnął raz – jajuchy – machnął drugi raz i spojrzał przed siebie. – I ciebie, stary byku – machnął na zwierze, stojące za płotem i patrzące ze zdziwieniem na niego.

Scroll Up