Ostatnie dwadzieścia dni

Z niespokojnego snu wyrwał mnie dławiący kaszel. Z wyłupiastymi i przekrwionymi oczyma usiadłem, sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjąłem metalowy pojemnik z zapasowymi membranami. Czarny od zanieczyszczeń filtr zastąpiłem świeżym, białym, niczym pierwszy śnieg zalegający na szczytach gór. Zaciągnąłem się.

Koniecznie sprawdź moje inne opowiadania!

Kiedy już uspokoiłem oddech, raz jeszcze i bardziej świadomie spojrzałem do pojemnika. Zostało mi zapasu na dwadzieścia dni. Czterysta osiemdziesiąt godzin powietrza zdatnego do oddychania. A potem koniec. Śmierć w męczarniach. Powolne duszenie się. Nawet nie chciałem wyobrażać sobie takich katuszy.

— Co robić!? — powiedziałem do siebie.

Zagubiony, nie zdając sobie sprawy z istoty decyzji, jaką miałem zaraz podjąć, przypomniała mi się opowieść poznanego kilka dni wcześniej człowieka. Był późny wieczór. Obaj usiedliśmy przy ledwie tlącym się ognisku. Płomyki z trudem wydostawały się ponad pale drewna, muskały je nieśmiało, walcząc o przetrwanie.

— Łączy nas z ogniem więcej, niż można przypuszczać — stwierdziłem.

Mężczyzna nie wiedział, co odpowiedzieć. Zaczął więc snuć smutne wspomnienie. Było to dla niego bolesne, ale w tamtej chwili chciał się tym ze mną podzielić.

— Kilkanaście lat wcześniej, w styczniu, zabrałem swoją panią w góry — zaczął. — Zima jak rzadko rozszalała się i zmusiła ludzi do stałego palenia w piecach. Ci biedniejsi, żyjący na ulicach i w pustostanach do dziś wspominają tamte czasy. Już wtedy oprócz mrozu cierpieli przez smog. Jednak kiedy chłód ustępował miejsca słońcu i zieleniejącym łąkom problem zanieczyszczonego powietrza znikał. Wtedy wszyscy żyli jak cywilizowani. Wtedy w życiu bardziej chodziło o zabawę niż o przetrwanie.

Wbiłem w niego spojrzenie. Nie wiem czy z grzeczności, czy z faktycznego zainteresowania, ale słuchałem z zapartym tchem.

— W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się zboczyć z trasy i zahaczyć o Żywiec — kontynuował. — Wybraliśmy drogę na wschód. Mijaliśmy kolejne wzniesienia i doliny. Po kilkudziesięciu minutach dotarliśmy na przedmieścia Szczyrku. Miasteczko leżało w siodle pomiędzy dwoma górami. Powietrze ciężkie od pyłów właściwie nie nadawało się do niczego. Samochód co prawda nie miał problemów ze spalaniem paliwa, ale baliśmy się otworzyć okno — tutaj mężczyzna zawiesił głos i poprosił o coś do picia.

Podałem mu manierkę z dopiero co przefiltrowaną wodą. Napił się i ponowił swoją opowieść.

— Po kwadransie dotarliśmy na drugą stronę — powiedział. — I wiesz, co tam zobaczyliśmy? — zapytał.

Wzruszyłem ramionami.

— Po drugiej stronie słońce, mimo późnej pory i zimowej aury, świeciło ponad wierzchołkami i roztapiało zalegające na szczytach czapy śniegu. Smog zatrzymał się na górach — stwierdził i zaśmiał się. — Zatrzymał się, kurwa, na górach — powtórzył.

Kiedy usłyszałem tę historię, wydało mi się oczywistym, że ciężkie powietrze nie jest w stanie przenieść się ponad wierzchołkami gór. Ale nie pomyślałem, że i teraz może być podobnie. Przeszedł mnie lekki dreszcz. Ten sam, który towarzyszył mi w chwilach, w których odkrywałem coś faktycznie wartego odkrycia.

Dzień pierwszy

Szybko wygrzebałem z tobołka starą mapę. Nosiłem ją ze sobą co najmniej od dekady. Dzięki niej mogłem z łatwością lokalizować miejsca, w których są lub mogą pojawić się zbiorniki wody. Teraz jednak chciałem sprawdzić, jak daleko znajdowałem się od Tatr.

Stary papier zdążył pożółknąć, a brzegi wytarły się i zabrudziły. Jedno spojrzenie wystarczyło, by określić położenie. Znajdowałem się dziesięć, może piętnaście kilometrów na północ od Katowic. Chcąc udać się w stronę granicy musiałem po prostu iść na południe.

Trzymając mapę wiedziałem, co zrobię. Wiedziałem, że moją ostatnią szansą jest dostać się na drugą stronę Tatr. Sprawdzić, czy będę w stanie przeżyć w górskich lasach bez maski. Wiedziałem też, że nie mogę zabrać ze sobą wszystkiego. Szybko wyrzuciłem zapasowe ubrania. Zabrałem jedynie grubszą odzież, spakowałem większy pojemnik na wodę, dwie rurki życia i kilka innych drobiazgów, bez których podróż byłaby znacznie trudniejsza. Im mniej rzeczy miałem ze sobą, tym szybciej mogłem się poruszać. Musiałem pamiętać, że im bardziej zmęczony będę, tym szybciej będą zużywać się filtry powietrza.

Nie czekałem na wschód słońca. Kiedy tylko byłem gotów, wyruszyłem w drogę.

Dawniej wzdłuż ulicy nieskończenie ciągnęły się ekrany tłumiące hałas przejeżdżających samochodów. Teraz nie tylko nie było ekranów. Ludzie pokradli betonowe bloki odgradzające od siebie przeciwległe pasy.

Było ciemno. Było cicho i zimno. Wiatr huczał ponad moją głową. Kiedy schodził niżej, zdmuchiwał mi kaptur z głowy. Czułem wtedy jego siłę, zapierałem się nogami i parłem przed siebie, byle dalej. Byle do pierwszego punktu. Szedłem tak co najmniej trzy godziny. Smagany wiatrem, czasem kwaśnym deszczem, który nie wiedzieć jak przedostawał się przez grubą warstwę zanieczyszczeń wiszących ponad głową. Kiedyś takie podmuchy przegoniłyby smog. Niestety teraz tyle gówna było w powietrzu, że nawet wichura nie pomagała.

Gdzieś przed upływem czwartej godziny przywitał mnie powyginany i wiszący na jednym słupku napis: Katowice. Zaraz za nim zobaczyłem to samo miasto, które stało tam od kilkudziesięciu lat. Porzuconą metropolię, pachnącą samotnością, tęskniącą za ludźmi, którzy uciekli po największej tragedii w historii. Większej od wszystkich wojen czy prób nuklearnych. Co gorsza, tragedii, jaką sami sobie zgotowaliśmy.

Byłem wyczerpany. Ledwo dotarłem do ronda. Ukryłem się w przejściu pod czymś co kiedyś zwano Okiem Miasta. Trzymałem się blisko ziemi, tam czasem dało się zaczerpnąć powietrza bez maski na twarzy. Odkręciłem kanister z wodą, wsunąłem w niego rurkę filtrującą wodę i pociągnąłem kilka łyków. Zaraz potem szybko zakręciłem pojemnik i schowałem do torby.

Nie chciałem tracić zbyt dużo czasu, podniosłem się, zrobiłem kilka kroków i … upadłem. Czułem drżenie mięśni. Wiedziałem, że to nie kwestia niedożywienia. Dwa dni wcześniej upolowałem szczura. Moje nogi trzęsły się przez brak tlenu w organizmie. Usiadłem i czekałem.

Dzień drugi

Dolina Trzech Stawów była przed i pozostała po katastrofie spokojnym oraz miłym dla oka miejscem. Niestety stawów nie było już tam, gdzie powinny być. Wszystkie zniknęły, pewnie w chwilę po ogłoszeniu stanu zagrożenia.

— Ludzie są gorsi niż szarańcza — pomyślałem.

Właściwie nawet nie liczyłem, że znajdę wodę w Katowicach. Miałem ze sobą wystarczającą ilość, żeby dotrzeć do Bielska. Wiedziałem też, że po drodze napotkam kilka mniejszych zbiorników, które powinny wystarczyć, bym uzupełnił braki w zapasach.

Przenocowałem poza miastem. Nie chciałem, by w środku nocy ktoś mnie okradł i na wszelki wypadek poderżnął gardło.

Obudziłem się dość wcześnie, choć od chwili, w której niebo zasnuło się chmurą pyłu ciężko było określić, czy jest dzień czy noc. Wstałem po kilku godzinach snu i wymieniłem filtr. Jeden miałem w masce, w pudełku zostało osiemnaście. A ja wciąż miałem dalej niż bliżej do celu.

— Ledwo wyszedłem z Katowic — załamałem ręce.

Odrobinę mniej stanowczo, aniżeli poprzedniego ranka, pozbierałem wszystkie rzeczy i skierowałem się w kierunku Tychów. To miał być ciężki, długi i nudny dzień. A kiedy zaczęło padać, także dość mokry. Plusem deszczu była możliwość uzupełnienia zbiornika wody, minusem konieczność zatrzymania się, żeby cokolwiek napadało do środka.

Zdecydowałem się nie zatrzymywać. Tak po prawdzie liczyłem, że przed Tychami odbiję nieco na zachód i na wysokości Czułowa znajdę jakieś stawy, które dawniej rozrysowano na mapie. Widać istniały tam już na początku stulecia.

Nie spodziewałem się tylko, że moje plany wezmą w łeb zanim przedrę się przez Murcki. Droga na południe wiodła pomiędzy drzewami. Las z racji na swój ekspansywny charakter dawno postanowił odebrać, co jego. Spod asfaltu przebijały się większe i mniejsze korzenie debów wyrastających pomiędzy pasami ruchu, trawa znalazła niewielkie szczeliny i przebiła się przez popękany asfalt, a resztki nienaturalnej czerni pokrył miękki mech.

Zdążyłem zrobić ledwie kilka kroków w stronę tej jakże urokliwej wojny pomiędzy naturą a cywilizacją, kiedy usłyszałem świst pocisku przelatującego tuż obok mojego ucha. Ktoś wystrzelił z pistoletu. Spudłował. Zaraz druga kula uderzyła w drzewo stojące obok. Tylko dzięki instynktowi odskoczyłem za zbite w grupę brzozy. Nie czekając na rozwój wydarzeń pobiegłem przed siebie, uderzając rękami i nogami o wystające tu i ówdzie gałęzie.

Czułem jak w kilku miejscach przeciąłem skórę. Po przedramionach spływała krew. Ale w tamtej chwili nie robiło to na mnie najmniejszego wrażenia. Za plecami czułem czyjś oddech. W ustach pojawił się smak metalu i krwi. Mimo to musiałem gnać przed siebie.

Robiło się późno, a las się nie kończył. Światło przebijające się przez smog bladło. Z coraz większym trudem widziałem przeszkody. Potknąłem się raz, później drugi. Zwolniłem, by nie zrobić sobie niepotrzebnej krzywdy. Najprawdopodobniej i tak już nikt mnie nie gonił. Znalazłem miejsce pomiędzy drzewami, rozłożyłem koc, położyłem się na nim i przykryłem drugim. Ostatkiem sił wymieniłem filtr powietrza. Zostało siedemnaście.

Dzień trzeci

— Co z nim zrobimy? — usłyszałem stłumiony maską gazową męski głos. — Chyba nie chcesz wieźć go do bazy?

W tym samym momencie usłyszałem prychanie i poczułem odór niemytego od lat konia.

— Daj spokój, Rudy — powiedział drugi mężczyzna. — Nie uciekał bez powodu. Bierz go na ramię i pakuj na wóz.

Zamknąłem oczy, by nie zauważyli, że się obudziłem. Poczułem jak ten większy łapie mnie w pół, przenosi i rzuca na furmankę.

Obaj mieli na stopach wojskowe buty. Gdzieś obok dostrzegłem skrzynkę z bronią i plastikowe kanistry pełne wody. To nie mogli być cywile. Żadna z grup nie była aż tak zorganizowana. Zrobiłem głębszy wdech i zacząłem się krztusić. W tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że nie mam na twarzy maski. Szybko zacząłem szukać jej pod szyją. Złapałem za materiał i nasunąłem go na nos i usta.

— Oho — powiedział dowódca. — Panienka się obudziła.

Mężczyzna wsunął czubek buta pod mój brzuch i pchnął, aż obróciłem się na plecy. Z trudem łapiąc oddech podniosłem się i spojrzałem w jego twarz.

— Kim jesteście? — zapytałem.

Gość zaśmiał się.

— Rudy, jebnij — rozkazał.

No to Rudy jebnął.

Dzień …

Minęło co najmniej dwanaście godzin odkąd oberwałem w potylicę. Ocknąłem się z bólem głowy, związanymi rękami i z maską na twarzy. Widać nie chcieli mnie wykończyć. Jeszcze.

Leżałem na drewnianej pryczy w jakiejś chacie bez okien. Szybko zorientowałem się, że samemu nie dam rady pozbyć się więzów. Goście znali się na swojej robocie. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać. Drzwi otworzyły się po kilku minutach, a do środka wszedł żołnierz. Albo ktoś udający żołnierza. Poznałem jego głos, był nim ten sam popapraniec, który kazał drugiemu mi przyłożyć.

Wyjął nóż. W takich chwilach człowiekowi przychodzi do głowy tylko jedna myśl. Ale żołnierz przeciął sznury na moich nogach i rękach, i kazał mi usiąść.

— Kim jesteś? — zapytał.

Prawdę powiedziawszy nie miałem ochoty z nim gadać, ale kiedy jest się sam na sam w niewielkim pomieszczeniu z mężczyzną rozmiarów szafy, co więcej, kiedy ten mężczyzna trzyma nóż a przy pasie ma przewieszoną kaburę z niezawodnym glockiem, cała odwaga znika. Człowiek zostaje sam na sam ze swoim strachem.

— Nikim. Nikim szczególnym — powiedziałem.

Zaraz potem wystraszyłem się, że taka zdawkowa odpowiedź może gościa rozdrażnić.

— Jasne, tu przede wszystkim tacy trafiają — odparł. Poluzował szlufki i zsunął maskę pod szyję. Wyjął papierosa.

— Popierdoliło cię?! — zapytałem grzecznie.

Gość parsknął śmiechem. Zapalił szluga i zaciągnął się nim. Nie kaszlnął, nie zadławił się. Sam papieros także palił się ochoczo. Zdjąłem swoją maskę i nieśmiało nabrałem powietrza w płuca. Było świeże.

— Co jest?!

— Jesteś spostrzegawczy — powiedział mężczyzna. — Palisz?

Nie wiedziałem czy palę. Kiedyś mi się zdarzało, ale od chwili, w której twarz trzeba było zasłaniać filtrami, przestałem. Już nie było okazji.

— Jak to możliwe? — zapytałem.

— Rozejrzyj się — odpowiedział. — Widzisz jakieś okna? Jakieś światło? Słyszysz wycie wiatru albo krople deszczu uderzające o dach?

Faktycznie, nie słyszałem.

— Jesteśmy pod ziemią?

— Szybko łapiesz — powiedział. — Prawie sto metrów.

Trochę zbiło mnie to z tropu. Nie sądziłem, nie słyszałem nigdy o podziemnych koloniach.

— To stara kopalnia. Już trzydzieści lat temu zamontowano tu nowoczesne urządzenia filtrujące powietrze — powiedział żołnierz. — Inaczej górnicy by się podusili. Byłoby szkoda, gdyby taka technologia miała się zmarnować.

Ale mnie przestało interesować świeże powietrze. Kilka chwil wcześniej liczyłem, że w jakiś sposób uda mi się uciec. Teraz już nie widziałem takiej możliwości.

— Jestem więźniem?

— To zależy — odpowiedział mężczyzna — czy będziesz chciał tu zostać, czy będziesz musiał tu zostać — uśmiechnął się.

Czułem, że jego odpowiedź mi się nie spodoba.

— Czyli tak czy tak muszę zostać?

Żołnierz dokończył papierosa i rzucił na ziemię tlącego się peta.

— A dokąd chcesz wracać? Gdzie ty właściwie szedłeś, co?

Wszystko mi zobojętniało. Straciłem nadzieję na ratunek. Nie miałem siły, zresztą nie widziałem już sensu, by cokolwiek ukrywać. Opowiedziałem mu historię o górach i szansie na lepsze życie po drugiej stronie. Gość mnie wyśmiał.

— Myślisz, że celnicy przepuściliby cię przez granicę? Myślisz, że byłbyś wstanie wdrapać się na wzniesienie wyższe niż trzysta metrów? Niedożywiony, odwodniony, mając na twarzy maskę, która nie pozwala dostatecznie dotlenić organizmu?

Westchnąłem przybity. Miał rację, nie miałem żadnej szansy.

— Masz — przeładował broń i podał mi ją. — Jeśli chcesz, możesz skończyć to raz na zawsze.

Zabrałem pistolet i przyjrzałem mu się.

— Mógłbym cię teraz zabić — powiedziałem.

— Za tymi drzwiami czeka kilkunastu moich ludzi. Nie zrobiłbyś kroku poza próg.

Wzruszyłem ramionami. Warto było spróbować.

— Pomyśl o tym — dodał i odwrócił się na pięcie. — Jeśli zmienisz zdanie zostaw broń na łóżku i wyjdź za mną.

Zamknął za sobą drzwi.

Przyjrzałem się glockowi i przyłożyłem lufę do skroni.

***

Mężczyzna przystanął po drugiej stronie i nasunął maskę na twarz. W chwilę później jego uszu dobiegł huk wystrzału. Przeszedł przez długi, ciemny korytarz, skręcił w prawo i wsiadł do szoli. Nacisnął na duży czerwony przycisk. Winda ruszyła. Kilkadziesiąt sekund później był na górze.

— Kupił to? — zapytał Rudy, który już czekał na górze i przeglądał moje rzeczy.

— Taa — zaśmiał się dowódca. — Kolejny frajer. Przynajmniej nie będziemy mieć z nim problemów.

— Co tu w ogóle robił?

— Szedł w góry. Twierdził, że po drugiej stronie da się żyć — odparł żołnierz.

Rudy zaniósł się bezmyślnym rechotem. Obaj zanurkowali w moim plecaku i zachwycali się kolejnymi zdobyczami. Ja zaś susami pokonywałem następne piętra klatki schodowej. Co sił biegłem ku górze. Kiedy dotarłem na górę uniosłem pistolet i z bronią wycelowaną przed siebie parłem w ich kierunku. Pordzewiały na głowie mięśniak nie zdążył nawet mnie zauważyć. Wpakowałem w niego dwa naboje. Kolejne dwa trafiły w plecy dowódcy. Przebiły się przez ciało i głucho uderzyły w glebę.

— Skurwiel — zamruczałem pod nosem. — Wiedziałem, że kłamie.

Pozbierałem wszystkie swoje rzeczy i przy okazji przeszukałem ich wóz. Przez chwilę liczyłem, że uda mi się wykorzystać furmankę, by dotrzeć do granicy. Niestety koń leżał już na ziemi i dogorywał. Wycieńczony próbował łapać powietrze, ale z każdym haustem tylko bardziej się dusił. Nie mogłem na to patrzeć. Złapałem za nóż leżący przy jednym z żołnierzy i poderżnąłem mu gardło.

W skrzyni na furmance znalazłem kilka skarbów. Najcenniejsze były oczywiście filtry do masek, które tamci dwaj wciąż mieli na swoich twarzach. Szybko je pozbierałem, bojąc się, że faktycznie ktoś usłyszał strzały i z nieco większą nadzieją pobiegłem w las. Na południe. Ku nadziei na lepsze jutro.

Scroll Up