Opowiadanie noir-cyberpunk – Duchy przeszłości

Mogłoby się wydawać, że nocą śródmieście było spokojne. Ale dopiero po zmroku obskurne ulice zapełniały się zgnilizną tego miasta. Ludzkie śmieci zalewały wąskie, ciemne uliczki i główne aleje. Mężczyźni i kobiety uzależnieni w najlepszym wypadku od narkotyków, w najgorszym od wstrzykiwania sobie nanitów, przesiadywali skurczeni na ławkach ustawionych wzdłuż alei wiodącej od jednej galerii do drugiej.

Stanąłem przed barem. Bywałem w różnych spelunach, i za każdym razem tuż przed przekroczeniem progu wystawałem pod drzwiami przez kilkanaście minut, wsłuchując się w panujący wewnątrz gwar. Zdarzało się, że trafiałem na bójkę. Czasem nawet witała mnie strzelanina, niczym w starych filmach, których akcję osadzono na dzikim zachodzie. Ale tym razem było spokojnie. Wszedłem do zalanego ciepłym światłem pomieszczenia. Czarny kontuar przykryty białą ladą wiódł wzdłuż długiego pomieszczenia. Ludzie kulili się przy stolikach pooddzielanych między sobą lichymi ściankami dekorowanymi niejednolicie rozłożonym gipsem i czerwoną farbą. Wewnątrz każdej takiej wnęki znajdowała się obciągnięta równie czerwonym skajem kanapa. Na ogół popękana w kilku miejscach. Wolnym krokiem podszedłem do baru, usiadłem gdzieś na skraju, tuż przy szklanych drzwiach, za którymi znajdował się stół do bilarda. Wyjąłem papierosa, paczkę położyłem przed sobą. Zapaliłem i sięgnąłem za ladę po jedną z czystych popielniczek, ustawionych w wieżę.

— Co podać? — Barman wyszedł zza drzwi wiodących na zaplecze.

Rozejrzałem się po kilku stolikach. Przy każdym siedzieli goście ze szklanką lub kuflem pełnym złotego trunku.

— Lagera. — Zaciągnąłem się mocniej. — I setkę.

Bob kiwnął głową i zabrał się za lanie piwa. Postawił je przede mną, przyjemnie chłodne, choć aura na zewnątrz powinna zachęcić mnie do zamówienia czegoś cieplejszego. Oparłem szluga na popielniczce i przechyliłem szklankę. Ledwo odsunąłem ją od twarzy i zobaczyłem kieliszek wódki, stojący pod moim nosem.

— Dawno cię tu nie widziałem — stwierdził Bob. — Już po robocie?

Znów się zaciągnąłem. Z dymem poczułem nieprzyjemny zapach dobiegający z kibla, z którego ktoś akurat wychodził.

— W trakcie — powiedziałem zmanierowanym tonem. Raz jeszcze przechyliłem szklankę i poprosiłem o drugie piwo. — Mam do ciebie sprawę.

Bob zabrał szklankę.

— Zostaw — powiedziałem, ale on ustawił szkło pod maszyną do mycia i wyciągnął nową.
— Muszę. Jakieś nowe przepisy weszły, do chuja, i każą nam się dostosować.
Wzruszyłem ramionami.
— Co to za sprawa? — zapytał, stawiając przede mną drugiego browara.
Przechyliłem kieliszek wódki i zapiłem piwem. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Pokazałem mu zdjęcie.
— Szukam go. Leszek Futryna — powiedziałem, kładąc nacisk na ksywę. — Podobno to ktoś od ciebie.

Bob spojrzał na fotografię i pokiwał głową przecząco.

— Nie znam. I wolałbym żebyś tu nie przychodził w sprawach służbowych. Różni tu siedzą, a ja nie chcę mieć przez ciebie problemów.
— Jasne — odparłem. — Dzięki.

Wstałem z wysokiego stołka i wyszedłem, udając rozgoryczenie. Bob coś tam jeszcze dopowiadał, żebym nie brał tego do siebie, ale udałem, że go ignoruję. Miałem ochotę zostać, zwłaszcza, że ledwo zacząłem drugie piwo. Ale kiedy dostrzegłem, jak Bob patrzy na to zdjęcie, jak jego twarz tężeje, wiedziałem, że coś mam. Zrobiłem kilka kroków za róg budynku. Dokończyłem kolejną fajkę i czekałem. Po kilku minutach z baru wyszedł dwudziestoparoletni chłopaczek. Typ bez charakteru i całkiem bez mięśni. Zgarnąłem go w bramę i przyparłem do muru.

— Człowieku, czego ty chcesz? — zapytał przestraszony, próbując odsunąć mnie od siebie.
— Dzwonił gdzieś? Bob, czy dzwonił przed chwilą?! — zapytałem groźnie.

Widziałem, że pytanie powoli docierało, bo chłopak zaczął się zastanawiać.

— Tak, do kurwiej nędzy. Dzwonił gdzieś. Ale rzucił słuchawką — powiedział. — Puść mnie człowieku. — Wyrwał się i odszedł szybko, poprawiając ubranie.

Stałem w bramie, chowając się przed coraz silniej padającym deszczem. Przypatrywałem się alei pełnej ludzkiego śmiecia, snującego się pomiędzy zadaszonymi budkami z fast foodem. Rzuciłem na ziemię stygnącego peta i ruszyłem do domu.

Scroll Up