Opowiadanie kryminalne – Klucz

Klucz to pierwsze z opowiadań kryminalnych, którym dzielę się na swojej stronie. Jeśli poniższy fragment Wam się spodobał, możecie kupić całość w mojej księgarni internetowej.

Zapach mokrego asfaltu przebijał się przez krzemową warstwę irytująco migających neonów, porozwieszanych rzędem na frontowej ścianie zaniedbanego bloku. Przyjemna woń stygnącej po upale ziemi nie potrafiła zabić odoru taniego alkoholu, którego źródło stanowił bezdomny pijaczek schowany za budką z hamburgerami. Menel zgiął się w pół i zwrócił wino, które miał okazję wypić kilkanaście minut wcześniej. Przetarł usta brudną, żylastą dłonią, po czym wytarł ją o nogawkę spodni, postrzępionych u krańców i poprzedzieranych na wysokości kolan. Leszek stanął nad mężczyzną i ze zrozumieniem wyrysowanym na swej znużonej twarzy, podał mu paczkę fajek. Bezdomny podniósł się, z trudem sięgając wciąż brudną ręką po papierosa. Pierwszego włożył do ust, czerniejących od nikotyny lub od wstrzykiwania nanitów nieznanego pochodzenia, by zaraz potem złapać za drugiego i wetknąć go sobie za ucho.

— Na potem, kierowniku — powiedział.

Leszek wzruszył ramionami. Chowając do kieszeni przepoconych dżinsów paczkę Ekstra Mocnych, zerknął na maziaję przypominającą nowotwór, wymalowaną na opakowaniu przez jakiegoś nadgorliwego idealistę z bożej łaski.

— Kierownik ma ognia? — zagadnął pijak.
— Zostaw je sobie — odparł Leszek, podajac bezdomnemu zapałki.

Meżczyzna zaciągnął się, by w chwilę potem wypuścić z płuc bezkształtny obłok dymu, z wolna unoszący się ponad dachami budek z tanim jedzeniem. Skupiony na papierosie, stracił Leszka z pola widzenia. Przez krótką chwilę stał zdziwiony, mrużył oczy, walcząc z jaskrawym, nienaturalnie silnym światłem padającym na jego twarz, by w chwilę potem usiąść na ławeczce, tuż obok krzywo stojącego słupka z rozkładem jazdy. Młoda kobieta dotychczas zajmująca część zdemolowanej ławki, spojrzała na bezdomnego. Zlustrowała go z oburzeniem i wstała, nie mogąc znieść smrodu. Pijak wyjął zza pazuchy małą buteleczkę z samogonem, schowaną na chwilę załamania, która właśnie nadchodziła. Przechylił ją stanowczo, nie zwracając uwagi na stojącą teraz obok niewiastę. Nawet neon przestał mieć znaczenie.

Leszek niczym cień przemknął przez opustoszałą drogę, dzielącą gasnące centrum miasta od jego mieszkalnej części. Przeciął arterię, próbując ukryć swą obecność w świetle księżyca. Stanął u drzwi gwarnego baru, gdzie przywitał go znajomy, zatykający zapach papierosowego dymu sączącego się ze szczeliny tuż ponad progiem. Zachęcony, wszedł pewnie, jak do siebie. Usiadł przy ladzie, wysokiej, pociągniętej czarną farbą. Zerknął na trójkę chłopaków grających w klasyczną ósemkę. Zamówił pierwszą kolejkę.

— Dawno zaczęli? — zapytał barmana z westchnieniem, zerkając na hologramowy wyświetlacz, na którym reszta chłopaków oglądała mecz.

Bob podał Leszkowi piwo. Zimna szklanka kłuła w dłoń. Przyjemny ból na chwilę przed wlaniem w siebie złotego płynu. Mogło zmienić się wszystko, ale lager smakował dokładnie, jak przed Wielkim Krachem.

— Pytasz o młodych, czy o mecz?
— O nich — Leszek wskazał gestem na chłopaków przy stole bilardowym.
— Godzinę temu.

Leszek mruknął niezadowolony.

Gdzieś około północy, raz jeszcze otworzyły się drzwi. Leniwie, jakby pchał je sam diabeł, pytając czy może życzyć dobrej nocy. W świetle księżyca pojawił się student. Wszedł do wewnątrz ze zgiętym na pół dyplomem pod pachą, złamanym, niczym życiorys Leszka, patrzącego spode łba i zastanawiającego się, czy i tym razem będzie chryja. Bob również zmarkotniał, ale student tego nie zauważył. A jeśli nawet, to nie dał po sobie nic poznać. Rozsiadł się leniwie obok Leszka, na wysokim obrotowym stołku. Z wewnętrznej kieszeni eleganckiej marynarki, którą ktoś kilka sezonów temu zaprojektował na potrzeby ogólniaka do którego uczęszczał, wyjął nowego oPhone’a. Spot sprzętu wyświetlano na co drugiej holoklamie. Leszek gwizdnął z uznaniem.

Student wziął to za komplement, zaraz potem zapytał „czy można”.

— Po chuj pytasz? — odparł Leszek.

Student stracił rezon. Bob zaś zaśmiał się pod nosem, wycierając kolejną szklankę.

— Barman! — odezwał się po chwili chłopak. — Masz tu terminal?

Właściciel uśmiechnął się z ironią.

— Gotówka.

Student wyjął pomarszczony banknot z wizerunkiem wąsatego staruszka, o którym do niedawna musiał słuchać w szkolnych salach. Położył pieniądze na kontuarze tuż obok telefonu, gładząc usilnie palcami, by rozprostować zagięcia.

— Polej, co masz.
— Wracaj do domu. — Bob odsunął banknot. — Tu piją wolni ludzie, bez chipów w palcach, głowach, sutkach i cholera wie, gdzie jeszcze.

Pijaczek przechodzący obok, rozpaczliwie szukający toalety, bądź chociażby niewysokiego drzewka, rosnącego w doniczce ustawionej na podłodze tuż obok drzwi, spojrzał na studenta i kazał mu zmienić lokal. Rzecz jasna mniej kulturalnie. Nie chodziło nawet o poglądy młodego klienta, czy jego przeświadczenie o własnej wyższości. Kazał mu spierdalać ot tak, dla zasady, żeby zmyć z siebie winę za to, co miał zamiar zrobić. Leszek czując gęstniejącą atmosferę, szybko przechylił piwo. Nieco mu zaszumiało, przez co nie zdążył zareagować, kiedy studentowi puściły nerwy. Chłopak zsunął się ze stołka i siłą rozpędu uderzył w twarz czepialskiego pijaczka. Nim mężczyzna padł na ziemię, zatoczył koło i po kilku krokach przewrócił się na stolik zastawiony brudnym szkłem. Leszek nie czekał, aż zbiegnie się reszta, wiedział, że pobiją młodego do nieprzytomności. Złapał studenta za kołnierz i wyniósł za próg.

— Moja stówa! — krzyknął chłopak, wierzgając nogami kilka centymetrów ponad podłogą.
— Będzie na szkło — powiedział półgębkiem Leszek. Na odchodne chciał przemeblować studentowi twarz, tak żeby już nie wrócił, ale po namyśle tylko spojrzał w jego oczy i pomachał mu pięścią przed nosem.

Twarz chłopaka przybrała jednak, co zaskoczyło Leszka, innego, bardziej wyniosłego wyrazu. Zrobił się pewny siebie, niemal arogancki.

— Sandra miała rację — student zaśmiał się pod nosem, wiedząc, że tymi ledwie kilkoma słowami zrobi wrażenie na Leszku.

— Niedoszły były? — Leszek zastygł.

Student pokręcił głową.

— Powiedziała mi, że załatwiasz sprawy — student stał twardo na nogach
i patrzył w twarz barowego ochroniarza. Bezczelnie, prowokacyjnie, niemal obraźliwie. Bez jakiegokolwiek respektu, choć Leszek w każdej chwili mógł roztrzaskać jego głowę o asfalt.
— Co to za sprawa?

Chłopak wyciągnął z kieszeni mały, kanciasty przedmiot. Metalowy, chłodny w dotyku. Na jego powierzchni odbijało się światło neonu migającego nad drzwiami pubu.

— To przenośna pamięć — powiedział. — Przechowaj mi ją.
— Co tam jest? I ile dostanę?
— Po sprawie założymy ci czyste konto z dziesięcioma tysiącami. Nie będziesz już musiał pić w spelunie dla marginesu. Wystarczy?

— Pierdol się — odparł grzecznie Leszek. — I niby kto założy to konto?
— To nie powinno cię interesować. Bierzesz?

Leszek schował przedmiot do kieszeni.

— Nie znasz mnie, nie było tej rozmowy. Jak będą pytać, dałeś mi w twarz i kazałeś… Sam wiesz najlepiej.

Leszek zrobił tak, jak chciał student. Wrócił do baru, wypił następną kolejkę i nikomu nic nie powiedział. Siedział zamyślony, jak to on, popijając piwo i czekając na swoją kolej przy bilardowym stole.

Nazajutrz Leszka obudził ból głowy. Mimo dawno minionych czterdziestych urodzin, których zresztą nawet nie pamiętał, wciąż nie znał umiaru. Wydawało mu się, że wie, na ile może sobie pozwolić. Zatęchłe powietrze w jego kilkunastometrowej kawalerce również nie pomagało. W całym mieszkaniu śmierdziało niezmienianą, przepoconą pościelą i moczem. Po raz kolejny Leszek po pijaku musiał naszczać na dywan. Z trudem podniósł się z materaca. Otworzył okno, ale i to nie pomogło. Z zewnątrz trąciło smrodem z klimatyzacji pobliskiego sklepu mięsnego. Zamknął okno, wolał siedzieć w oparach własnej uryny, niż dusić się od zapachu gnijącego drobiu.

Wypił przedwczorajszą kawę, która zdążyła już skwaśnieć. Skoczył na łóżko i włączył domowy hologram. Nie płacił za przekaz, zostały mu trzy darmowe kanały. Na pierwszym i drugim puścili retransmisję porannego programu dla gospodyń domowych, na trójce zaczynały się wiadomości. Leszek miał wyłączyć holowizor, ale zobaczył znajomą twarz. Przemądrzałego studencika. Chłopaka zastrzelono kilkadziesiąt metrów od baru, w którym on poprzedniego wieczoru zapijał sumienie. Pił tak, że nie słyszał strzału. Wypił tyle, że wracając do domu, nie zauważył plam krwi ciągnących się wzdłuż i w poprzek ulicy, czy ludzi zbiegających się wokół trupa. Wypił tyle, że dopiero teraz dostrzegł swoje zabryzgane juchą buty i czerwone ślady ciągnące od drzwi aż do łóżka.

W kieszeni kurtki znalazł mały, metalowy gadżet. Chciał go wyrzucić. Był już zbyt stary, by wierzyć we wszystkie zasłyszane opowieści i obietnice. Student jednak wymyślił ciekawą bajeczkę. Leszek spojrzał na przenośną pamięć, na której miały znajdować się informacje, za które ktoś zdecydował się zabić. Bo w tej chwili tylko to wydało się Leszkowi dobrym powodem. Schował pendrive’a do kieszeni i postanowił nie tracić czasu. Wyściubił swój połamany i źle zrośnięty nos poza zatęchłe em-półtora. Kiedy jego twarz oblał promień przedpołudniowego słońca, ktoś przyłożył zimną lufę glocka do jego zarośniętego policzka. Ale Leszek był do tego przyzwyczajony. Nie pierwszy raz czuł na twarzy metaliczny chłód broni, choć rzadko komu faktycznie udawało się tak go zaskoczyć.

Leszek tylko szturchnął napastnika. Niespełna trzydziestoletni mężczyzna postury głodującego Libańczyka zachwiał się, a potem upadł na chodnik, głową zahaczając o stopień schodów prowadzących do klatki. Buty Leszka znów stały w karmazynowej, lepkiej kałuży.

— Kurwa — powiedział do siebie. — Robię się na to za stary.

Napastnik oburzyłby się, gdyby nie pośmiertne drgawki, które akurat w tym momencie wstrząsały jego ciałem. Leszek nie mając wielkiego wyboru, przetrzepał ubranie jeszcze ciepłego nieboszczyka. Nie znalazł wiele, niemal pusty portfel, kartę członkowską Klubu Miłośników Staroci i zdjęcie czwórki znajomych. Pomiędzy gasnącym przed Leszkiem mężczyzną a studentem, którego ktoś rozwalił poprzedniej nocy, stała młoda kobieta, brunetka. Leszek znał ten typ. Wiedział, że jest niebezpieczna. Kiedy tylko zobaczył ją na fotografii, pomyślał, że może być rozwiązaniem tej sprawy. Jego uwagę przykuła także twarz drugiej, widocznej na zdjęciu kobiety. Znał ją aż za dobrze, choć nie sądził, że będzie mu dane spotkać ją raz jeszcze.

Sandra mieszkała w zagraconej kawalerce, którą kilka lat wcześniej, kiedy jeszcze była narzeczoną Leszka, kupili i urządzili jej rodzice. Co dla niego wydawało się dziwnym, teściowie polubili go już przy pierwszym poznaniu, choć on ze wszystkich sił starał się zrobić na nich jak najgorsze wrażenie. Nie udało się, i mimo że rodzice Sandry byli chorobliwie bogobojni, zaakceptowali ich niesformalizowany związek. Przygotowali dla młodej pary wygodne gniazdko. Leszek sobie z tym nie poradził. Wtedy pewien był, że nic nie może stanąć pomiędzy nim a Sandrą, wystarczyło jednak wspólne życie, by w kilka tygodni później pozbierał rzeczy do kilku reklamówek i wyprowadził się do hotelu.

Teraz na powrót stanął pod dębowymi drzwiami, gdzie wycieraczka ochoczo witała nieznajomych niezrozumiałym dla niego welcome. Leszek nie potrafił pojąć, czym Sandra kierowała się przy jej wyborze. Akceptował zachcianki ukochanej, bo wiedział, że każdy przemilczany drobiazg, każde wspólne zakupy kończyły się w łóżku. Lecz tamto minęło. Teraz mógł z żałością wpatrywać się w napis pod stopami, czekając, aż ktoś otworzy drzwi. Wcisnął dzwonek zbyt mocno, tak, że po drugiej stronie dzwoniło do chwili, w której przycisk odskoczył. Z wnętrza dobył się stłumiony krzyk:

— Zaraz, do cholery!

Leszek stanął obok drzwi. Naparł plecami na ścianę. Zrobił to specjalnie, wiedział, że Sandra widząc go przez judasza, nie odważyłaby się otworzyć.

— Kto tam? — zawołała pytająco.

Zaraz potem bezmyślnie wychynęła poza próg z maseczką na twarzy i głupio rozwartymi ustami, wciąż noszącymi ślady po ubiegłotygodniowym botoksie. Leszek stał z papierosem w ustach i czekał, aż była narzeczona rozpozna jego twarz, wykrzyczy mu żale. Sandra udała jednak, że nikogo nie zobaczyła. Szybko schowała głowę w mieszkaniu i pociągnęła za klamkę. Leszek wsunął dłoń między drzwi a framugę. Wydało jej się, że zmiażdżyła jego masywną dłoń, chciała tego, lecz Leszka to nie wzruszyło. Drzwi odbiły się z impetem, a on spokojnie wszedł do mieszkania, rozmasowując obolałe śródręcze siniejące niczym jaja po ostatnim razie z prostytutką.

— Czego ty chcesz?

Zrobiło mu się głupio, że po tylu latach wpada z odwiedzinami, mając za powód wyłącznie własne sprawy. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki starą fotografię.

— Znasz go? — Wskazał palcem na studenta — Albo ją?
— I tylko po to tu przylazłeś?

Wzruszył ramionami.

— Liczyłaś na coś więcej?

Teraz ona zagrała obojętną. Oddała mu zdjęcie.

— Znam ich. Ona mieszkała ze mną przez kilka miesięcy, a ten młody ją odwiedzał.

— Wiesz gdzie ją znajdę?<

Sandra spojrzała zazdrośnie, choć zaraz potem przybrała obojętną postawę.

— Nie! Czego od niej chcesz?!

Wypchnęła Leszka za próg mieszkania. Wzięła zamach i trzasnęła drzwiami. Pozwolił jej na to

— On nie żyje — powiedział spokojnie. — Ten drugi też. A jak nie pomożesz mi jej znaleźć, to nie wiem, czy i ona…

Po krótkiej chwili Sandra uchyliła drzwi i nie patrząc w twarz Leszka, podała mu kartkę z adresem.

— Tam ją znajdziesz. Pracowała tam.

Scroll Up