Opowiadanie – Jak krople deszczu

Było tak wygodnie. Tak spokojnie. Gdzieś pomiędzy tysiącami podobnych cząsteczek, leżałam i czekałam na kolejny podmuch wiatru. Miłe łechtanie wiosennej bryzy wprawiało w ruch całą naszą grupkę. Sunęliśmy ku zachodowi w promieniach majowego słońca. Nikt się nie wyróżniał. Wszyscy spodziewaliśmy się, że kiedyś nadejdzie ten dzień, ale nikt nie sądził, że to już.

Koniecznie sprawdź moje inne opowiadania!

Kiepska sprawa tak nagle zmienić stan. Lekkość znika znienacka. Ociężałość i niepewność bierze górę. Teraz już nic nie jest pewne, stabilne. Widzisz dookoła tysiące podobnych kropel i wiesz, że zaraz spadniesz. Czekasz na ten moment. Przygotowujesz się do niego, jednak nie jesteś pewna, czy to wybawienie, czy nadchodząca klęska.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, gdzie pofrunę. Jak długo polecę, i czy w ogóle dotrę do Ziemi? Tyle się słyszy o nieszczęściach.

Razu pewnego, jedna taka spokojna, nieszukająca zwady kropelka, uderzyła o skrzydło jakiegoś potwora. Taki warczący, pełen tych dwunogich, pałętających się po powierzchni. Gapili się przez te małe, okrągłe okienka. Nikt jej nie pomógł. Tylko patrzyli i się śmiali.

Innego czasu, a słyszałam to z wiarygodnych źródeł, pewien kropelek zsunął się nagle i poleciał wprost w drzewa. Pomyślicie:

— Boże mój Wszechmogący. Ale nie. Z listka na listek. Łagodnie. Na końcu zaś kałuża. Kogoż on tam nie spotkał. Mają niektórzy szczęście.

Tacy jesteśmy podobni, a spadamy gdzie indziej. To ciekawe jak różne losy mogą się przytrafić i jak mały wpływ na to mamy. Warto spadać w dwójkę. Zawsze tak myślałam. Można tylko obok siebie, ale wtedy istnieje groźba, że jedno upadnie gdzieś dalej. Można też bliżej, jako jedna kropla. Tylko nie wszyscy chcą. Bo to bać się trzeba o tą drugą. I uważać, a i manewrować trudniej. Na domiar złego jakoś szybciej się leci.

Ale samej tak frunąć, to nie dla mnie. Wolę obok ciebie.

Na początku trochę się boisz. Bo to nowe doświadczenie. Lecisz w dół, żwawiej jakoś niż do tej pory. Mijasz inne krople, patrzysz na nie tak, jak one zerkają na ciebie. Tyle, że nie obchodzisz ich w żadnym stopniu. Warto znaleźć sobie jakąś rozrywkę na ten czas, jakieś zajęcie. Bo samym spadaniem szybko się znudzisz. Do tego to poczucie źle wykorzystanego czasu.

Zadaję sobie ostatnio pytanie. Czemu zawsze myślę o końcu, kiedy jestem na początku podróży? To irytujące. Ale nawet, kiedy byłam jeszcze tylko częścią całości, bałam się pożegnań. Posuwaliśmy się swego czasu nad miłą mieściną. Jakież tam widoki były. Dachy czerwone, budynki ceglane i rzeczki. Pola zielone pełne dziwnych wełnianych istot. Jakieś spienione rzeki w oddali, bujne lasy.

I tak, zanim na dobre wlecieliśmy nad ląd, już bałam się, że zaraz to wszystko minie. Myślałam o minionych chwilach, o podobnych sytuacjach.

Znów to robię — pomyślałam. Zerknęłam na Ziemię i wszystko
było już za nami. Przegapiłam. Zbyt dużo myślę o przeszłości. Do takiego wniosku doszłam. Nie skupiam się na teraźniejszości. Tak jak teraz. Lecę i mówię do was, zamiast cieszyć się widokiem.

Jakieś zgrabne kropelki mnie mijają. Choć to już bez znaczenia. Nie spadam już sama. Boję się tylko, że nie jestem zbyt doskonała.

Teraz, jak już wyrwałam się z tej masy, myślę, że nie jestem tak podobna do innych. Choć znalazłoby się pewnie i tysiąc podobnych. Ale nie obchodzi mnie to. Tylko znaleźć jakieś sensowne zajęcie. Tyle z nas spada bez celu. Tyle robi rzeczy, których potem żałuje. Chyba przestałam się bać, gdzie spadnę. Ważne, żeby spaść z tobą.

Scroll Up