Opowiadanie fantasy – Bursztynowy szlak

Koła furmanki podskakiwały na wyboistej polnej drodze. Koń leniwie stawiał kopyta, nie zważając na żądania rolnika siedzącego na wozie. Po kilku smagnięciach batem mężczyzna opadł na siedzenie i wbił wzrok w drogę wiodącą pomiędzy drzewami.

Jeśli chcesz, możesz pobrać to opowiadanie na dysk jako PDF lub epub. Wystarczy, że założysz konto w mojej księgarni internetowej!

Pobierz ebooka!

Gdzieś po kilkudziesięciu stopach zwierzę zarżało. Furman podskoczył i machnął lejcami. Słysząc szelest liści i dziwne pomrukiwanie dobiegające z pobliskich krzaków, sięgnął po nóż schowany w tobołku z wałówką. Uspokoiwszy się nieco położył broń na kolanach i przetarł wilgotne czoło rękawem koszuli. Mokry kawałek lnu przylepił się do jego skroni.

Szkapa szarpnęła wozem. Wieśniak stracił równowagę i spadł na ziemię. Kilka bursztynów stoczyło się z fury, a ostrze spoczywające do tej chwili na kolanach mężczyzny wzniosło się w powietrze. Zawirowało kilkakrotnie, by zaraz potem spaść i ugodzić woźnicę w udo.

Przeszywający ból i szczypiące od potu oczy nie pozwoliły Miłogojowi zobaczyć, co wyszło zza krzaków.

– Kto tam? – krzyknął z trudem.

Drżącymi dłońmi ujął rękojeść sztyletu.

Bestia była jednak szybsza. Szpony dolnych kończyn przecięły grząski grunt. Ułamki sekund wystarczyły, żeby stwór stanął tuż przy rolniku. Cuchnąca zgnilizną łapa złapała nieszczęśnika za głowę i uniosła w górę. Wystarczył jeden płynny ruch pazurem, żeby zakończyć szamotaninę.

* * *

Przestronna chata wypełniła się wonią nadpalonego mięsa. Tlący się w palenisku ogień ogrzewał izbę, a siedzący przy ławach rolnicy popijali z drewnianych naczyń jęczmienne piwo. Borzymir wstał, złapał za kawałek nadgniłego drewna, zamoczył je w wiadrze pełnym tłuszczu i przysunął do ognia. Konar zajął się, rozświetlając oberżę intensywnym blaskiem. W tej samej chwili do środka wpadł młody chłopak.

– Kolejny trup! – krzyknął, nie zwracając uwagi na nic, ani na nikogo.

Borzymir zachwiał się i przewrócił. Trącił stopą wiadro, po czym upuścił pochodnię wprost w kałużę łoju. Wieśniak siedzący kilka stóp dalej rzucił mokrą szmatę na szybko rozprzestrzeniający się ogień. Cała izba zarżała od śmiechu.

– Jaki trup, o czym tym gadasz? – zapytał właściciel.

Młodzieniec złapał oddech i opowiedział o znalezionym w lesie martwym woźnicy.

– To Boryta! – krzyknął ktoś siedzący przy ławie.
– Samiśmy go wymyślili – odpowiedział mu głos z drugiej strony. – Żeby bogate feudały nie włóczyły się nocami po lasach i płaciły Domażyrowi za prycze.

Reszta wieśniaków zgodnie przytaknęła. Borzymir otarł krwawiące czoło i podniósł się z ziemi. Pewniej trzymając się na nogach, rozkazał młodzieńcowi prowadzić. Był chyba najtrzeźwiejszy ze wszystkich i poczuł się w obowiązku towarzyszyć nastolatkowi.

Po krótkim truchcie oboje dotarli do celu. Borzymir podszedł do nieboszczyka leżącego we własnym gównie. Złapał za jego tłuste włosy i odchylił mu głowę. Z krtani trupa wylała się kałuża posoki. Drogo czując metaliczny zapach krwi zgiął się w pół i wyrzygał wieczerzę.

– Jak ci matka dała – zapytał Borzymir. – I co tu się stało?
– Drogomysł, mości Borzymirze – powiedział. – A co tu się stało, nie wiem. Może to i Boryta, jak gadał ktoś u Domażyra.
– Nie ma czegoś takiego – odpowiedział rolnik. – To strachy, które stare baby opowiadają dzieciom przed snem.

Chłopak żachnął się.

– Wizygotów tu nie widać – stwierdził.
– A co to ma do rzeczy? – zapytał Borzymir.
– Pełno tu bursztynów – dopowiedział oberżysta, zbliżając się do pozostałej dwójki. – Gdyby to byli Wizygoci, wszystko by pozbierali. To miałeś na myśli? – zagadnął nastolatka.
– Tak – odparł Drogo. – Też wolałbym myśleć, że to robota ludzi z południa.

Borzymir rzucił ciało na ziemię i wytarł zakrwawione dłonie o spodnie.

– Dzisiaj nie mamy tu czego szukać – powiedział. – Ja wracam do mojego piwa.

* * *

Mężczyzna w błękitnej tunice i wysokich skórzanych butach stanął przy studni. Zastukał młotkiem w drewniany pal, by przybić do niego krótką notkę. Drogo zatrzymał się i zerknął przez ramię monarszego wysłannika.

– Co tam stoi? – zapytał.

Kurier podrapał się po brodzie, próbując złożyć litery wymalowane na kawałku papieru.

– Coś o polowaniu… pilnowaniu. Pilnowaniu kozów – stwierdził.
– Chyba kóz? – zapytał Drogo.
– Nie, to nie to – odparł monarszy kurier. – Pilnowaniu wozów – powiedział i wyprostował się z dumą.

Chłopak postał przy nim jeszcze kilka chwil, samemu próbując odczytać wiadomość. Ale odpowiedź kuriera była na tyle sensowna, że zaraz potem obrócił się na pięcie i pobiegł do gospody. Z rozpędu raz jeszcze wszedł do środka nie licząc się z siedzącymi tam pijaczkami. Naparł na drzwi, aż uderzyły o ścianę i odbiły się od niej.

– Ty psi synu! – warknął jeden z wieśniaków, rozlewając niesione piwo.

Chłopak zerknął na niego spode łba.

– Borzymir?!
– O tej porze jeszcze w polu – odpowiedział mu oberżysta. – Ty też wzięłbyś się za uczciwą robotę.

Drogo jednak tego już nie usłyszał. Opuścił izbę tak nagle, jak się w niej pojawił.

* * *

Zachodzące słońce oświetlało jęczmienne kłosy, wiatr kołysał nimi miarowo, a latające gdzieniegdzie owady nadawały okolicy sielankowego charakteru. Drogo omiatając wzrokiem pobliskie pola, dostrzegł dziwną postać. Istota odziana w białe sukno sunęła ku niemu z coraz większą prędkością. Kiedy Drogo chciał uciec, sporych rozmiarów ręka wyłoniła się z bezmiaru złotej kipieli, złapała go za kostkę i poczęła ciągnąć wprost w zboże. Chłopak aż jęknął z przerażenia. Zsunął się na pole, pomiędzy kłosy sięgające ponad jego głowę.

– Zamknij dziób – warknął Borzymir.

Chłopiec przyklęknął i strzepnął kurz z ubrania.

– Co tu robisz? I co to jest? – zapytał.
– Ratuję ci rzyć!

Zboże zafalowało. Borzymir wyciągnął zza paska lekko zardzewiałe ostrze. Modlił się w duchu, by nie było potrzebne. Nastolatek dostrzegł cień grozy w oczach rolnika i sam chwycił za kozik.

– Schowaj to! Jak będzie trzeba, to się nią zajmę, a ty biegnij do wsi po pomoc. A potem posprawiasz, czegoś tu szukał.

Drogo przytaknął. Nieustająco wpatrywał się w północną część miedzy. Tajemnicza zjawa sunęła wśród upraw, jej długie, czarne włosy wichrowały się na wietrze. Promienie słońca błyskały na ostrzu trzymanego w prawej dłoni sierpa, a poszerzający się uśmiech odsłonił szereg nadnaturalnej wielkości kłów. Wielki wór, który południca ciągnęła drugą ręką, poruszał się gwałtownie.

Drogo schował nożyk za powróz przytrzymujący spodnie i przygotował się do biegu. Polny stwór słysząc szelest łamanych kłosów, zatrzymał się. Nastolatek wbiegł na polną dróżkę. Widziadło ruszyło za nim, ale chłopak oddalał się zbyt szybko. Demon zdecydował się puścić dzierżony tobołek. Borzymir tylko na to czekał. Kiedy czarnowłosa postać była już odpowiednio daleko, wieśniak wyskoczył na ścieżynę. Przeciął płótno i wyciągnął szamotające się wewnątrz dziecko.

– Uciekaj! – krzyknął do niego.

Upiorzyca obróciła głowę w nadnaturalny, jakby pozbawiony kręgosłupa sposób. Wrzasnęła i skoczyła z powrotem w kierunku mężczyzny. Rolnik na widok zbliżającego się zakrzywionego brzeszczotu poczuł, jak jego nogi robią się miękkie. Dopiero wtedy dotarło do niego, że pomysł pojedynkowania się z polnym widmem nie należał do najbystrzejszych.

Południca była coraz bliżej. Ostrze ze świstem przecięło powietrze. Borzymir niezdarnie uskoczył w bok i na powrót zajął miejsce vis a vis postrachu. Czasu było mało, a do zagajnika daleko. Nie było już innej sposobności, jak walka.

Kątem oka mężczyzna dostrzegł leżący na ziemi materiał. Złapał za niego i rzucił przed siebie, w twarz południcy. Ta nie zdążyła zorientować się w zamyśle, do tej pory ofiary truchlały, żadnej do głowy nie przyszło walczyć. Wieśniak wykorzystał chwilę zawahania, zbliżył się i wymierzył cios. Trafił. Spod białego materiału wylało się karmazynowe morze.

W fali złości zjawa smagnęła śmiałka ostrymi kłami. Borzymir przyklęknął. Demon w ostatnich chwilach plugawego istnienia zamachnął się z zamiarem dekapitacji ofiary. Serce Borzymira zamarło, nie wierzył, że przyjdzie mu umrzeć w chwili, w której mógł przetrwać. Zwyciężyć i wrócić do wioski, jako nieustraszony pogromca potwora. Sekundy wlokły się niemiłosiernie, a oczekiwany cios nie nadchodził.

Nagle, jak promień słońca przebijający się przez kłęby burzowych chmur, tak przez pierś chodzącej nieboszczki przeszedł zakrzywiony grot. Ciało polnego widma zwiotczało i opadło na ziemię.

– Żyro? – zapytał Borzymir.

– A kto ma być? – odpowiedział mu znajomy głos. – Sam na sam z południcą. Chybaście się z lochą na łby pozamieniali?

* * *

Żyro ciągnął platformę wyładowaną zbożem. Obok niego, spokojnym i pewnym krokiem szedł Borzymir. Rana już mu nie doskwierała, na obojczyku widać było jedynie resztki zaschniętej krwi i małe ślady po ugryzieniu.

Z tylnej poręczy zaprzęgu bezwładnie zwisało kobiece ciało. Krew południcy miarowo broczyła na ziemię, znacząc przebytą drogę. Kiedy dotarli do krańca pól, zatrzymał ich zasapany Drogomysł.

– Wiem – Borzymir szybko uspokoił chłopaka. – Nic mi nie jest. Daj mi chwilę, zawiozę południcę Gerowitowi, niech spojrzy na to i wrzuci do ognia. Spotkajmy się w karczmie.

Drogo siedział w kącie i topił smutki w chlebowym zakwasie. Wpatrując się w nowo przybyłych gości, których teraz pełno było w wiosce, nie zauważył, kiedy do gospody wszedł Borzymir. Kilku z nowych zerknęło w stronę drzwi. Wielkolud zignorował ich, dał znak Domażyrowi i usiadł obok Drogomysła. Karczmarz postawił przed osiłkiem dzban wypełniony świeżo uwarzonym piwem. Borzymir przechylił naczynie i nie odrywając ust, opróżnił je niemal do połowy.

Jeśli chcesz, możesz pobrać to opowiadanie na dysk jako PDF lub epub. Wystarczy, że założysz konto w mojej księgarni internetowej!

Pobierz ebooka!

– Mów – powiedział po chwili do nastolatka.
– Pamiętacie kupca-woźnicę sprzed paru świtów? Tego z poderżniętym gardłem?
– Wieczerza to ci śmignęła – zaśmiał się wielkolud.

Drogo postanowił zignorować docinkę.

– Za trzy wschody od dzisiaj przejedzie tędy monarsza świta.
– A co to ma do rzeczy? – zapytał Borzymir.
– Ci przy ogniu szukają chętnych. Potrzeba im kogoś do zbadania napaści i pilnowania dostaw. Każdy chętny ma się pozgłaszać, a oni rozprawią czy się nada.
– Coście im nagadali? – mężczyzna burknął.
– Nic – wtrącił karczmarz. – Samą prawdę. Żeście w pojedynkę położyli południcę. Idźcie z nimi posprawiać.

Borzymir wstał, złapał za dzban i podszedł do grupy żołnierzy. Uderzył glinianym naczyniem w blat ławy.

– Zdrowie cesarza!

Mężczyźni odpowiedzieli tym samym.

– Borzymirze – odezwał się jeden z wojaków. – Czy to prawda? Ubiliście upiora w pojedynkę?

Rolnik nieco się zmieszał.

– Chojrak z was – dodał drugi żołnierz. – Nie chcielibyście zarobić?.

Mężczyzna wyczuł w głosie legionisty nutkę ironii.

–Co trza zrobić? – zapytał.
– Ubić poczwarę grasującą we wschodnim jarze, ot co. Jej truchło przywlec tutaj w ciągu trzech wschodów.

Sprawdź też to

Opowiadanie fantasy – Duch Orła Opowiadanie fantasy z dreszczykiem utrzymane w klimacie marynistycznym. Była to moja propozycja na konkurs literacki organizowany przez Magazyn Histeria. Lubisz straszne historie? To opowiadanie jest ...
Opowiadanie fantasy – Strzeż się berdników Szli wolno, robiło się coraz zimniej. Pierwsze krople zaczynały spadać z nieba i uderzać o kamienie. Szlak robił się trudny. Za dnia kiedy słońce osuszało ścieżkę trzeba było uważać wyłącznie na wysta...
Scroll Up