0,00  z VAT

19 pobrań

Duchy przeszłości to drugie opowiadanie osadzone w brutalnym świecie przyszłości, którym rządzi wirtualny pieniądz i brak empatii. Czy jesteśmy gotowi na taką teraźniejszość? Czy wszyscy będziemy biernie przyglądać się zepsuciu?

Opis

Zastanawiałeś się, jak może wyglądać świat, którym rządzi wirtualny pieniądz? Świat, w którym z siecią możesz połączyć się dzięki protokołowi wszczepionemu w ciało? To nie może być idylla. Wielu ludziom może nie odpowiadać taki sposób urządzenia świata, a co najmniej część z tej ogromnej liczby przeciwników będzie chciała działać przeciwko systemowi.

W takiej rzeczywistości musi odnaleźć się Antoni Broniewski. Prywatny detektyw, na co dzień zmagający się ze sprawami obyczajowymi. I tym razem do jego biura trafia kobieta, szukająca dawnego znajomego. Twierdzi, że coś ich łączyło, że mają wspólną przeszłość. Tylko o jakiej przeszłości mówi? Czy to faktycznie mężczyzna, którego ma znaleźć Antoni Broniewski jest tym złym?

Jeśli jesteś ciekaw, czy ta historia Ci się spodoba, przeczytaj fragment opublikowany na mojej stronie. Duchy przeszłości to samodzielne opowiadanie, ale by lepiej je zrozumieć, zachęcam do przeczytania historii pt. Klucz, poprzedzającej wydarzenia w tym ebooku.

Autor: Łukasz Migura
Wydawnictwo: Wydawnictwo literackie Łukasza Migury
Ilość stron: 38
Rok wydania: 2020
Format plików: EPUB, PDF, MOBI
Gatunek: Science fiction / Opowiadania Kryminalne / Noir
Opinie na lubimyczytac.pl: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4916260/duchy-przeszlosci

Recenzje ebooka

Fragment opowiadania

Siedziałem na starym, skrzypiącym krześle w skromnie urządzonym gabinecie. Czekałem na kolejnego delikwenta. Mężczyzna przez telefon brzmiał na około trzydzieści pięć, maksymalnie czterdzieści lat. Nie zdradził wiele, zapowiedział się tylko i kazał czekać. Nie było to dla mnie nic nowego, wielu moich klientów wolało się pofatygować osobiście. Na ogół nie było to dla mnie problemem, ale akurat tamtego dnia pasowało mi to, jak rzadko. Mogłem przypilnować robotnika, zdrapującego z szyby drzwi prowadzących do mojego biura nazwisko Stasia. 

Staś Stachura, wspólnik, przyjaciel. To on wciągnął mnie do tego biznesu. To on miał doświadczenie i kontakty. Wiedział jak rozmawiać z ludźmi. Na początku tylko przypatrywałem się jego pracy, uczył mnie fachu. Ale wreszcie nadeszła chwlia, w której uznał, że jestem gotowy. Poprowadziłem pierwszą sprawę. Potem drugą. Przy trzeciej oznajmił mi, że w niedalekiej przyszłości wyjedzie do Paryża. I cholera, minął rok samotnego przesiadywania w obskurnym gabinecie z wieszakiem w kącie, dwoma pustymi biurkami, uschłym kwiatkiem w doniczce, starą sofą ustawioną gdzieś naprzeciw biurek i plakatem ze skąpo ubraną aktorką, a ja nadal liczyłem, że Staś zmieni zdanie i wróci.

Spojrzałem na tłustego robotnika, który z mozołem skrobał tępym nożem po szybie. Dźwięk przyprawiał mnie o dreszcze za każdym razem kiedy grubas przesuwał ostrzem po szkle. Wyjąłem papierosa z górnej, rozchybotanej szuflady. Robotnik przetarł spocone czoło rękawem kraciastej, flanelowej koszuli.

— Kierowniku, a może wymienimy całą? Zamontuję tu kierownikowi jakiś wypaśny wyświetlacz i kierownik wpisze sobie cokolwiek będzie chciał. Wystarczy podpiąć komputer…

Spojrzałem z pretensją na fachowca.

— Widzi tu pan komputer?

Mężczyzna przeleciał oczyma po blacie biurka. Żadnych kabli czy monitorów, żadnych stanowisk, żeby podłączyć się bezpośrednio.

— I pan tak bez dostępu?

Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem mu tłumaczyć specyfiki mojego zawodu. Nie chciałem wykładać filozofii życia. Urwałem rozmowę.

Klient pojawił się w drzwiach, nim zdążyłem zaciągnąć się papierosem. Nie więcej niż sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, spore zakola otoczone kędzierzawymi włosami i okulary w grubej oprawce. Dość chudy. Zapukał w futrynę i nieśmiało wszedł do środka. Zdjąłem nogi z blatu biurka, wstałem i kazałem robotnikowi iść do domu. I tak nie chciało mu się pracować.

— Dokończy pan jutro — powiedziałem, wręczając grubasowi pięćdziesiąt złotych.

Robotnik zgiął banknot na cztery i wsunął do małej kieszonki spodni, stale spadających z jego ogromnego tyłka.

— Żeby stara nie znalazła — usprawiedliwił się i pożegnał kiwnięciem głowy.
Mogłem wreszcie skupić się na kliencie.

— Pan usiądzie — powiedziałem, trzymając w ustach leniwie tlącego się szluga. Na wpół siedząc, na wpół stojąc, opierając się o biurko, czekałem aż gość zacznie mówić. — Słucham — powiedziałem, widząc jak się ociąga. — W czym mogę pomóc?

Mężczyzna spojrzał na biurko, ustawione tuż obok mojego. Zakurzony blat wzbudził jego ciekawość.

— Czy pan Stachura do nas dołączy? — zapytał dość wysokim jak na mężczyznę głosem.
— Pan Stachura zrezygnował — odparłem dość lakonicznie. — Jaką ma pan do mnie sprawę? I czy mogę poznać pana godność?
— Reprezentuję moją klientkę. Moje imię jest tutaj nieistotne.
— I czego potrzeba pana klientce? — ciągnąłem dalej, nie kryjąc rozbawienia. Oni wszyscy zawsze byli tacy poważni, tacy tajemniczy, a na ogół chodziło o to samo. Kobieta przysłała krewnego, który miał zatrudnić mnie w jej imieniu. Przeważnie chodziło o dowiedzenie niewierności męża. Dzięki temu kobieta nie musiała przyznawać się sama przed sobą, że jej zakichane małżeństwo się skończyło.

Mężczyzna spojrzał na mnie badawczo.

— Musi pan kogoś znaleźć.

Zaciągnąłem się raz jeszcze i zgasiłem peta w popielniczce. To był ostatni, który się w niej zmieścił. Usiadłem na krześle za biurkiem i sięgnąłem po notes, trzymany na co dzień w górnej szufladzie.

— Kogo?

Klient wyjął karteczkę, pomiętą, schowaną w wewnętrznej kieszeni kurtki. Wstał, podszedł do biurka i położył ją przede mną. Rozprostował dłonią.

— Leszek Futryna — przeczytałem. — To pseudonim?

Przytaknął.

— Były bramkarz w barze „u Boba”. Wie pan gdzie to?
— Były? — zapytałem.
— Pracował tam kilka lat temu.
— Dlaczego pana klientka go szuka? I dlaczego nie przyszła tutaj sama?

Mężczyzna wrócił na kanapę i rozsiadł się. Założył nogę na nogę.

— Spotka ją pan. Gwarantuję panu — powiedział pewnie, jakby zadowolony z siebie.

Odrobinę irytował mnie jego sposób bycia. Był opanowany, niemal nieobecny. Już wtedy powinno to wzbudzić moje zainteresowanie.

— Ma pan jakieś zdjęcie tego… Leszka?

Mężczyzna kazał mi odwrócić kartkę. Było to zdjęcie barczystego, łysego bramkarza.

— Tyle mi wystarczy — powiedziałem. — Na początek.

Mężczyzna wstał z kanapy.

— Zostaje jeszcze kwestia… — zacząłem, ale irytujący w zachowaniu i zabawny z wyglądu człowieczek mi przerwał.
— O finansach porozmawia pan z moją klientką. Przyjdziemy tu razem, powiedzmy za tydzień?
— Wystarczy. — Wsunąłem kolejnego papierosa w usta.

Dłuższy fragment opowiadania znajdziecie tutaj: Duchy przeszłości

Opinie

Na razie nie ma opinii o produkcie.

Napisz pierwszą opinię o “Duchy przeszłości”