Życie na betonowej pustyni

Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby nie myć okien. Nie widziałbym wtedy syfu, który rozciąga się na zewnątrz. I nie mówię o śmierdzących śmietnikach, hałasującej klimatyzacji lokalnego sklepu mięsnego, transformatorze, pod którym sikają bezdomni i wokół którego biegają szczury, czy kawałka zieleni tuż obok naszej kamienicy, na którym załatwiają się psy lokalnych pijaczków. I sami pijaczkowie.

Mam na myśli podwórko otoczone płotem, tuż przy kamienicy. Podwórko, o które zapewne walczyli mieszkańcy. Chcieli mieć dla siebie kawałek zieleni, zamienionej z czasem w rozjeżdżony podjazd. Piach i błoto zastawione samochodami. Podjazd, który zamiast porosnąć trawą, zmienia się w betonowy plac, podobnie jak krzaki dawniej dekorujące wejście do klatki od strony ulicy, obecnie zastąpione chodnikiem. Rosną wokół nas budynki, rozciągają się kolejne czarne asfaltowe tasiemki tnące nasze miasto w kierunkach, w których i tak nikt nigdy nie pojedzie.

Jestem człowiekiem czynu. Najpierw robię, potem analizuję wyniki i wyciągam wnioski. Dlatego ludzie mnie nie lubią. Zwłaszcza ci starsi, których rzeczywistość zaburzam. Pomyślałem, że spróbuję zawalczyć o swoje, przesunę miejsce parkingowe, ułożę niewysoki płotek z kostki brukowej pozostawionej na podwórku. Bo przecież gospodyni się zgodziła, żebym ją wykorzystał. Tę kostkę oczywiście. Szkoda tylko, że czasem zapomina o tym, co mówiła miesiąc temu. Tydzień. Godzinę. Szkoda, że mówi jedno, robi drugie. Że uprawia politykę.

Zadowolony z siebie wróciłem do mieszkania. Umorusany ziemią z dumą zerknąłem przez okno na dzieło moich rąk. I z coraz większym zniesmaczeniem i rosnącą frustracją obserwowałem wąsatego emerytowanego górnika, który podjechał swoim dziesięcioletnim kombi pod moje okno, przeklął siarczyście i zaczął demontować ustawioną przeze mnie konstrukcję. Rzucając przy tym mięsem i pytając wniebogłosy czyj to absurdalny pomysł.

Nie zdzierżyłem. Zszedłem wytłumaczyć, że jego wizja życia nie jest jedyną, a już na pewno nie jest tą najwłaściwszą. Wtedy ze swojego mieszkania zbiegła gospodyni. Z pretensją wydarła się, co to ma być. Dlaczego zrobiłem, co zrobiłem. I kto pozwolił mi ruszyć kostkę leżącą bezpańsko na placu za budynkiem. W krótkich słowach przypomniałem jej własne przyzwolenie, co zostało przyjęte przez nią bardzo niechętnie i na co nie wyraził zgody wąsacz, twierdząc, że ów kostka jest jego własnością.

Kolejne starcie. Stagnacja. Zaczyna do mnie docierać, że prawo do wolności kończy się w miejscu, w którym zaczyna się pole podejmowania decyzji przez emerytów. I mógłbym stwierdzić, że coś się zmieni, kiedy pokolenia pamiętające dzieciństwo za czasów słusznie minionych przejdą do historii, robiąc miejsce młodszym. Ale kiedy wyglądam przez zbyt czyste okna na podwórko i widzę młodych biegających za butelką, szukających okazji do bitki, wałęsających się bez celu, podobnie jak szczury, które okupują transformator pośrodku podwórka, przestaję wierzyć, że coś się zmieni. Nie wierzę przez mieszkającego w klatce obok trzydziestopięciolatka, żyjącego razem z matką, grającego w mmorpgi na bagażniku swojego zdezelowanego BMWs i pijącego wieczorem piwo pod moimi oknami.

Nie wierzę, przez starego pijaczka, którego mijam codziennie, wychodząc z klatki na przystanek. Nie wierzę w możliwość zmian przez mentalne zabetonowanie nas wszystkich. Czuję jak zastygam w miejscu, przez masę, która żyje wokół mnie. Próbuję coś zmienić, ale stoję pośrodku betonowej pustyni, a pole manewru zmniejsza się. Już niedługo będę mieć wpływ jedynie na detale. Wszystko inne będzie poza zasięgiem.

Scroll Up