Niewolnicy własnych przyzwyczajeń

Czternaście masywnych wagonów leniwie wtoczyło się na dworzec w Krakowie, podobnie jak grubszy jegomość w czarnej koszulce z napisem Pink Floyd na piersi i trzymanymi w ręce trzema pustymi puszkami po piwie. Mężczyzna postawił swoje ciężkie stopy na platformie peronu. Wyszliśmy za nim. Gość razem z kolegą szukał zejścia do podziemnego tunelu. Wyprzedziliśmy oboje na schodach i szybkim krokiem skierowaliśmy się ku rynkowi.

Nie byliśmy głodni. Jak to Polacy, zdążyliśmy dobrać się do części prowiantu jeszcze w podróży. Doskwierał nam jednak nasilający się ból głowy. Chciałbym stwierdzić, że jego przyczyna leżała w ostro prażącym słońcu lub średnio przespanej nocy, prawda jest jednak taka, że powód stanowi uzależnienie od kofeiny. Po kilkunastu minutach włóczenia się po rynku i okolicznych uliczkach, dotarliśmy do Dziórawego Kotła, kawiarni zaprojektowanej na modłę speluny znanej z Harry’ego Pottera. Na ścianach wisiały oprawione w drewniane ramki wizerunki czarodziejów. Zamawiając coś przy barze, należy podać imię postaci, którą sygnowany jest dany stolik. A jeśli ktoś nie jest obeznany ze światem Harry’ego, może rzucić numerkiem, przyklejonym do ramki.

Koniecznie odwiedź dział opowiadania!

Wolny był stolik numer siedem, nad którym wisiała podobizna Daniela Radcliffa, najprawdopodobniej z drugiej części filmu. Siedzenia ze skaju były popękane, ledwo dało się na nich siedzieć. Jest to tam chyba najpopularniejsze miejsce. Zamówiliśmy dwie kawy. Co ciekawe na Aniowe latte czekaliśmy krócej niż na moje Americano. Wypiliśmy je szybko i zeźleni niewygodą, wyszliśmy na słońce. Ból głowy jeszcze nie minął, widać kofeiny było zbyt mało lub dostarczyłem ją organizmowi zbyt późno.

Wybraliśmy się na krótkie tournee po rynku, a dalej po Wawelskim Zamku i okolicach. Raczej bez konkretnego planu na ten dzień, celem był jedynie koncert w Tauron Arenie. Chodziliśmy więc z pulsującymi skroniami w poszukiwaniu miejsca na lunch. Tak dotarliśmy na Kazimierz, a tam do knapjki, której nazwy nie pamiętam. Zachęcił nas letni ogródek z drewnianym płotkiem, na którym wisiały pelargonie. Zajęliśmy stoliczek i oczarowani menu dnia, wybraliśmy cały zestaw. Po kwadransie pojawiła się kelnerka, twierdząc, że jednej z pozycji brakuje. Dziwne, skoro zegarek wskazywał trzynastą.

Zjedliśmy całkiem przyjemny posiłek. Kiedy raczyliśmy się lodami, do ogródka wparował nadpobudliwy amerykanin. Biegał tam i z powrotem ze szklanką wody w jednej ręce i papierosem w drugiej. Palił jedną fajkę za drugą. Kopcił bardziej niż domy znajdujące się na moim osiedlu. To nie mogło pomóc na wzmagającą się migrenę. Szybko opuściliśmy tamto miejsce.

Idąc w głąb Kazimierza szukaliśmy już nie zabytków, a apteki lub sklepu, gdzie moglibyśmy zdobyć jakieś środki przeciwbólowe. Dwa koła zatoczone wokół głównej ulicy i wreszcie naszym oczom ukazała się oaza w postaci dobrze wyposażonego sklepiku.

Robiło się późno, choć nie na tyle, byśmy musieli się spieszyć. Na przystanku stało już kilka osób, z czego jedna z całą pewnością wybierała się na ten sam koncert. Czekając w cieniu wiaty podeszła do nas para z Warszawy z pytaniem, w jaki sposób dostać się do Tauron Areny. Wskazaliśmy im numer tramwaju, niestety przyczepili się jak rzep psiego ogona. Nie wiem dlaczego ludzie otrzymując konkretne informacje nadal zawracają głowę. Podobnie było w Izraelu na lotnisku i na stacji benzynowej w Karlsruhe, na której łapaliśmy stopa wracając do Polski.

Udając własne sprawy nieco się oddaliliśmy. Warszawiacy chyba zrozumieli sygnał i przestali liczyć na to, że ich pokierujemy. Władowaliśmy się do tramwaju. Zerknąłem do portfela wyładowanego drobniakami. Mam w kieszonce na monety kilkadziesiąt jednogroszówek, z którymi nie wiem co zrobić. I ani jednej piątki, żeby kupić bilet. Trzeba było liczyć na szczęście.

Pod Tauron Areną nie było wielu ludzi. Do bramek prowadziły kilkuosobowe kolejki. Ania wyjęła bilety, oboje rozpięliśmy plecaki. Wydawało mi się, że jeśli do tej pory wszystko szło po naszej myśli, to i teraz pójdzie sprawnie. Ale pech chciał, że szefem ochrony był jakiś nadgorliwy emeryt, któremu odrobina władzy uderzyła do głowy. Organizator imprezy wymyślił sobie, że na teren stadionu wnieść można bagaż nie większy od ramki A4. Gość w mundurze ochrony kroczył więc dumnie za plecami swoich podwładnych stojących przy bramkach i z pełną pogardą dla ludzi, którzy próbowali wejść na koncert, zawracał ich do depozytu. Nie docierało nic. Jak tylko go zobaczyłem, przypomniał mi się Forest Whithaker, który w Eksperymencie grał szefa więziennej straży. Wystarczy kawałek czarnej szmaty z naszywką, żeby przeciętnemu człowiekowi, którego najpewniej nie stać na koncert, którego pilnuje, odbiła palma.

Chcąc nie chcąc musieliśmy zostawić plecaki w depozycie. Oczywiście organizatorzy liczą sobie pięćdziesiąt złotych za taką przyjemność. Pięć dyszek bezzwrotnego depozytu. Widać ktoś mądry uznał, że płacąc za wstęp kilkaset złociszczy, kolejna pięćdziesiątka za plecak czy dwanaście za piwo nikomu różnicy nie zrobi. Miła pani w depozycie życzyła udanego dnia, choć ten przestał być udany na kilkadziesiąt minut.

Wyjęliśmy z plecaka butelkę wody, ale jak się okazało, na teren koncertu wnieść można tylko półlitrową wodę bez korka, a butelka 0.75 nie spełnia wymogów. Wypiłem więc trochę i wyrzuciłem korek. Nie wiem czy to obojętność i znudzenie młodego ochroniarza, czy może moja pogarda wymalowana na twarzy dla jego szefa, ale młodszy ode mnie o dobrych kilka lat ochroniarz tylko kiwnął głową i nas przepuścił. Przeszliśmy wreszcie przez bramki. Obeszliśmy stadion niemal dookoła, aż trafiliśmy na kawiarnię, w której organizator zmusił obsługę do przelewania napojów do kubków. Wspomniane już dwanaście złotych za piwo robi wrażenie, podobnie jak osiem za sto pięćdziesiąt mililitrów wrzątku w kubku o rozmiarze 0.3, do którego młoda stażystka wrzuciła zieloną herbatę. Nieco poirytowani spacerowaliśmy po terenie Tauron Areny, czekając, aż kolejni spece od ochrony wpuszczą nas do środka. Włóczyliśmy się przez chwilę, wyłapując kolejne osoby z plecakami większymi od naszych. Od nadgorliwego stróża nie lubię chyba tylko takiego z podwójną moralnością. Irytacja jeszcze się wzmogła.

Wreszcie zajęliśmy miejsca. Do koncertu zostały dwie godziny.

Po piętnastu minutach spóźnienia, Roger Waters wyszedł na scenę i uderzył o struny swojej niebotycznie drogiej gitary. Światła zgasły, a my zapomnieliśmy na chwilę o całej tej szopce.

Wychodząc ze stadioniu zadawaliśmy sobie tylko pytanie, czy Waters śpiewając o pieniądzach rządzących światem i władzy, która uderza do głów, zdaje sobie sprawę, że organizator jego koncertów próbuje za wszelką cenę uszczknąć ile się da z portfeli fanów. Koncert był niezły, może nieco zbyt polityczny, ale po tym, co spotkało nas przed koncertem, teksty piosenek trąciły mi hipokryzją. Z drugiej strony, co ja tam wiem, jestem tylko szarakiem uzależnionym od kofeiny, którym steruje albo polityczny beton, albo muzyk, który krytykuje władzę.

Sprawdź też to

Na krakowskim dworcu Na zegarze dochodziła dwudziesta pierwsza. Zmęczeni kilkunastokilometrową wędrówką po górach z wolna wlekliśmy się pustoszejącym korytarzem na drugi peron krakowskiego dworca. Gdzieś w oddali jakaś ko...
Życie na betonowej pustyni Zaczyna do mnie docierać, że prawo do wolności kończy się w miejscu, w którym zaczyna się pole podejmowania decyzji przez emerytów. I mógłbym stwierdzić, że coś się zmieni, kiedy pokolenia pamiętające...
Scroll Up