Nie jesteśmy czarno-biali

Tuż obok wjazdu na parking stoi wysoka, ładnie zaprojektowana konstrukcja z pięcioma licznikami, gdzie każdy jeden wyświetla ilość pozostałych wolnych miejsc w poszczególnych sekcjach. Całościowo wokół galerii stworzono przestrzeń na niespełna tysiąc samochodów. Wydawać by się mogło, sporo, ale kiedy po sobocie przypada niedziela — niehandlowa, jak niemal każda w tym roku — znaleźć miejsce do zaparkowania graniczy z cudem.

Jeśliby zsumować wszystkie pozostałe wolne miejsca i założyć, że na jedno auto przypadają średnio trzy osoby, w galerii w każdej godzinie było co najmniej dwa tysiące ludzi, a jedna z tych trzech wybrała się tam, żeby wydać kilka złotych.

Kręcili się alejkami we wszystkie strony, od sklepu do sklepu, od stolika do stolika. Niektórzy zniechęceni, inni nieco zbyt zadowoleni, jakby włóczenie się pomiędzy witrynami, prezentującymi dobra, których raczej nie zdobędą, sprawiało im jakąś chorą przyjemność. Jakby przebywanie wśród ubrań i sprzętów dawało poczucie szczęścia. Część po prostu wchodziła do sklepów, żeby przymierzyć ubrania, uznać, że ładne, ale nie dzisiaj i wyjść. Inni nawet nie próbowali udawać, że niczego nie kupią. Testowali sprzęt, przeglądali książki, a potem usatysfakcjonowani szli dalej.

My też trochę bez pomysłu snuliśmy się od witryny do witryny. Gdzieś po godzinie skusił nas plac, wokół którego zmyślnie otwarto kilka restauracji, na środku zaś, pomiędzy knajpkami ustawiono stoliki i krzesła, zachęcające do zamówienia czegokolwiek. Daliśmy się nabrać. Pod pozodem dbania o własne zdrowie zamówiliśmy rybę, co z tego, że z frytkami. Ważne, że nie mieloną wołowinę czy kurczaka w panierce.

Z tacą, na której miła pani położyła bułkę z mintajem, łososia zawiniętego w dziwne ciasto i dwa napoje, ruszyliśmy w poszukiwaniu wolnego stolika. Czułem się niczym Frodo próbujący wraz z Gandalfem i resztą drużyny znaleźć wyjście z Morii, niczym Józef K. krążący po niekończących się korytarzach. Przede mną żona, rozglądająca się za miejscem do siedzenia, podobnie jak godzinę wcześniej za miejscem do zaparkowania, za nami kilka, może kilkanaście osób z podobnym celem.

Zniechęceni wdrapaliśmy się na wysokie drewniane stołki, ustawione przy wysokiej ladzie. Ostateczność, jeśli trafi się tam w dzień ogólnego szaleństwa. Zaraz potem, po drugiej stronie lady pojawiła się szóstka, może siódemka młodych ludzi, z identyfikatorami na piersiach, puszkami obklejonymi logosami sponsorów w dłoniach i przesadnym zapałem do działania.

Usiedli razem, rozpocząwszy ucztę, na którą składały się wspomniane wcześniej kurczaki, frytki i mielona wołowina w sztucznej bułce. Michał, takie imię widziałem na plakietce, wyciągnął telefon, ten najpopularniejszy, którego charakterystyczny dzwonek słyszymy wszędzie, na każdym rogu, w każdym sklepie. Kilkutonową miłą dla ucha melodyjkę zaprogramowaną, by kojarzyła się z tą, a nie inną firmą.

— Daj mi Siri —powiedział Bartek, młodszy chłopak z burzą loków na głowie.

Michał podał mu telefon, prosząc w zamian o frytkę.

— Siri, what is my name? — Bartek trzymając komórkę, zadał jej pytanie.

Dziewczyna u końca lady spojrzała po obu.

— Ile najwięcej wam wrzucili?
— Mi dwadzieścia — powiedział Bartek, odrywając na moment wzrok od kolorowego ekranu.

Michał pochwalił się pięćdziesiątką.

— Dlaczego to wyremontowali? — druga dziewczyna zmieniła temat.
— Żeby więcej ludzi miało gdzie usiąść — stwierdził właściciel komórki. — I żeby nie dawać pieniędzy na orkiestrę — powiedział, odbierając sprzęt od kolegi i kończąc dojadać kurczaka. — Oddaj mi moją kasę — dodał, mówiąc do Bartka.

Młodszy chłopak wyjął z kieszeni pięćdziesiąt złotych i żartobliwie wsunął banknot do otworu puszki, do której zbierał datki. Nie puścił jednak banknotu. Z ironią patrzył na Michała.

— Ja też zaraz będę miał pięćdziesiąt.

Michał z oburzeniem zlustrował Bartka.

— Nawet nie próbuj!

Bartek wyjął banknot z puszki i podał go Michałowi.

— Kto chce shake’a? — Michał zapytał zaraz potem, chowając pieniądze do kieszeni.

Kilka osób wyraziło zainteresowanie. Wstał więc i ruszył w kierunku jednej z sieciówkowych knajpek. Jeszcze nie świadomy, że cały plac powstał dzięki i z myślą o nich i o nas. Dzięki temu, że działają melodyjki, że zamontowali dodatkową ladę przy ścianie i ustawili przy niej krzesła. I z myślą o tym, że owe krzesła i lada się przydają. Dzisiaj, bo jutro będzie zamknięte. Żeby ludzie, którzy nie wrzucą na tacę w kościele, twierdząc, że kościół zarobił wystarczająco dużo na podatkach, wrzucą do puszki, by chodzić dumnie z czerwonym serduszkiem na kurtce.

Scroll Up