Niczym konie w galopie

Widok z oranżerii, w której codziennie serwowano obfite śniadania i obiadokolacje, rozpościerał się na południe. Za przeszkloną ścianą goście hotelu podziwiać mogli niewielki skrawek zaniedbanego parku, wartki strumyk na obu brzegach porośnięty chaszczami, a dalej domy pobliskiego miasteczka. Wiejskie chałupy, z kominami, z których co wieczór sączyły się ciemne obłoki dymu.

Pośrodku oranżerii ustawiono okrągły stół, na którym każdego ranka goście znaleźć mogli wszelkiego rodzaju wędliny, sery, ryby i pasty. Popołudniami zaś obsługa zastawiała stół bemarami, pełnymi mięs, kasz, ryb i makaronów. Tuż obok wejścia, zarówno po lewej, jak i po prawej, znajdowały się dodatkowe stoliki; z lewej sałatki i dziecięce menu, z prawej napoje oraz desery.

Warto jeszcze podkreślić, na potrzeby zarysowania kontekstu, że zarówno podczas śniadań jak i obiadów, kelnerki i kelnerzy, eleganccy w stopniu znacznym, a już bardziej niż większość gości, dbali, by niczego nie brakowało. A kiedy w jakiejś salaterce, bądź na jakimś talerzu zaczynało ubywać mięsa, ziemniaków, ciasta czy nie daj Boże, kawy, zaraz uzupełniali braki. I tak codziennie, między ósmą a dziesiątą rano oraz siedemnastą a dziewiętnastą popołudniu.

zapraszam do księgarni

zapraszam do księgarni

Koniec tego tła. Pora na mięcho

Polska przez lata się zmieniała, ale ludzie pozostali tacy sami. Przyzwyczajeni do swoich przyzwyczajeń, dbający wyłącznie o swoje, biegający po sznurku wedle dobrze znanej trasy, niczym konie z klapkami na oczach. Zapatrzeni w swój interes, zwłaszcza, kiedy ktoś pod nosem zamiast marchewki położył karteczkę z napisem all inclusive.

Siadaliśmy na środku, co jakiś czas zmieniając stolik, ot tak, dla zabawy. Obserwowaliśmy ludzi zniewolonych własnymi wyborami. Zabawne, jak miejsce zajęte przy pierwszym posiłku określa wszystkie następne wybory. A może smutne, że nie chcemy próbować nowego, że zajmując miejsce w przyhotelowej restauracji, trwamy przy nim do końca turnusu.

Nie zmieniliśmy się też pod względem dbałości o własne interesy. Choć kiedyś walczyliśmy o własny kraj, o prawo do wolności słowa, dzisiaj już tylko o pozycję w kolejce do koryta. Nie patrzymy na nic poza własnym, wciąż zbyt pustym talerzem. Liczy się tylko droga, dzieląca nas od magicznego będę. Musimy być pierwsi, przed innymi. Nie istotne, że kelner zaraz doniesie, czego zabrakło, że życie pokaże alterantywę. Lepszą, niż to, co już znamy?

W mojej księgarni znajdziesz m.in. darmowe ebooki!

Ten nasz sposób walki o swoje prowadzi do trzeciej przywary, braku umiaru, który wykształciliśmy w sobie zaledwie w dwadzieścia kilka lat. Niespełna dwie dekady temu spoglądaliśmy na Zachód, nieco z obrzydzeniem, nieco z rozmarzeniem, ale z całą pewnością, niedowierzając. Nie potrafiliśmy zrozumieć ich gospodarki, góry wyrzucanego jedzenia. Wciąż dobrych ubrań na śmietnikach, zmiany samochodu z takiego który nadal jeździ, na szybszy, który jeździ podobnie, ale ktoś na kawałku papieru napisał, że potencjalnie może jechać lepiej. Bo telewizja pokazała, że jeździ w nim aktor Twojego ulubionego serialu.

Siedząc w przyhotelowej restauracji mógłbym zadać pytanie, co się stało. Mógłbym o to zapytać starszą parę, która nawet nie spróbowała chleba z masłem, nałożonego na talerz. Mógłbym też zapytać rodziców trójki nastolatków, zostawiających na stole kilka nieruszonych kawałków ciasta. Bo były, bo ktoś inny mógłby zabrać. Bo można? Mógłbym też zagadnąć otyłą kobietę, która nie potrafi wejść po trzech stopniach do holu, ale jest w stanie podbiec do ostatniego wolnego stolika, byleby zająć miejsce przed parą niosącą talerze wyładowane kiełbasami. Ona była pierwsza, ona zapłaciła, jej się należy. Mógłbym wreszcie zapytać siebie, co tutaj robisz?

Nie myślimy już o innych. Biegamy z pustą michą, a kiedy już dopchamy się do Pańskiego stołu, nie znamy umiaru. Tylko z boku przyglądają nam się ludzie, którymi my byliśmy dwadzieścia pięć lat temu. Ze zdziwieniem, może z zazdrością. Ja natomiast, zastanawiam się, czy za kolejne ćwierć wieku będziemy objadać się do porzygania, byleby weszło więcej. Bo się da. Bo można? Rzekłem, bo złote kajdanki zaczynają uwierać.

Scroll Up