Na krakowskim dworcu

Na zegarze dochodziła dwudziesta pierwsza. Zmęczeni kilkunastokilometrową wędrówką po górach z wolna wlekliśmy się pustoszejącym korytarzem na drugi peron krakowskiego dworca. Gdzieś w oddali jakaś kobieta z irytacją w głosie rozmawiała przez telefon. Minęła nas i skręciła do sklepu. W ciągu tych ledwie kilku sekund zdążyłem wywnioskować, że miała do kogoś żal. O coś. Nieco rozbawieni zaczęliśmy wdrapywać się po schodach, rozważając jednocześnie, czy aby nie byliśmy świadkami jakiegoś artystycznego performance’u. Bo nikt normalny publicznie nie wylewał by w ten sposób swoich żali.

Pociąg już czekał. Był pusty. Wybraliśmy miejsca na końcu składu i kiedy tylko usiedliśmy, uderzyła nas myśl, że przed nami dwugodzinna podróż, a my mamy jedynie kilka kropel wody. Niby nie tragedia, ale po całodziennej wędrówce brak czegoś do picia bywa męczący. Zwłaszcza, że przed wyjściem na peron udało się wstąpić do Carrefoura i kupić przekąskę.

Do odjazdu był kwadrans, ale kolejki w sklepach wydawały się niebotycznie długie. Nie chciałem ryzykować. Ci którzy mnie znają, mogą tu uśmiechnąć się z ironią — słowo ryzyko stosuję nad wyraz często, co jest przejawem mojej przesadnej ostrożności — jednak w tym przypadku załóżmy, że miałem rację.

Usiedliśmy więc na tyłach nowoczesnego składu. Po kilku minutach zaczęli schodzić się ludzie. Najpierw za nami, grupa wybierająca się na imprezę — lub wracająca z jakiejś potańcówki. Rozbawieni, rozgadani, niezwracający uwagi na nic, ani na nikogo. Po chwili mężczyzna, koło trzydziestki. Usiadł trzy rzędy za nami. Kiedy tylko spoczął, usłyszałem charakterystyczny dźwięk otwieranej puszki z piwem.

Zawsze musi trafić się jakiś pijaczek.

Do odjazdu zostało pięć minut. Wyjrzeliśmy za okno. Na peronie pojawiła się kobieta z telefonem przy twarzy, ta sama, która niemal darła się do słuchawki na dworcu.

— Usiądzie tu — powiedziała Ania.
— Prawo Murphy’ego — przytaknąłem smutno.

Kobieta weszła do pociągu. Ania obejrzała się i stwierdziła, że gaduła szuka wolnego miejsca.

— Idzie tu! — dodała po chwili.

Obróciłem się. Minęła nas i wciąż trzymając telefon przy twarzy położyła na górnej półce długą czerwoną różę. Na siedzeniu postawiła plecak i zdjęła długi sweter. Artystyczny krój, brak zapięcia z przodu, coś w rodzaju narzuty na ramiona. Hispterska rzecz.

— Jak śmiałaś… — wykrzyczała do kogoś po drugiej stronie.

Westchnąłem rozczarowany.

— Brakuje tylko jakichś świrów obok — powiedziała Ania, widząc moje zażenowanie.

Do odjazdu zostały dwie minuty. Na peronie pojawiła się dwójka strażników ochrony kolei. Minęli nas, idąc z wolna i zaglądając w okna wagonów. Zaraz potem drzwi pociągu otworzyły się, a panowie podeszli do nas i zajęli miejsca obok. Ostatnie wolne. Rozłożyli notesy i zaczęli coś pisać. Usiadłem wyżej, bo w tamtej chwili niemal leżałem z nogami na fotelu na przeciwko. Wsunąłem stopy w buty. Jęknąłem, zadarłem bąble, które już zdążyły pojawić się na palcach. A zaraz potem zaśmiałem się szczerze. Zdziwieni strażnicy spojrzeli na mnie. Pijaczek siedzący trzy fotele dalej skitrał gdzieś browca, kobietę było już słychać nieco mniej, dzięki bogu polska kolej wciąż nie jest zbyt cicha.

Pociąg ruszył. Imprezowicze wysiedli po dwudziestu minutach. Zostało już tylko walczyć z suszą w ustach i sennością. Choć ta ostatnia przyniosła wybawienie. Umiliła podróż. Nawet bardziej niż drugi tom opowiadań Wiedźmina, który po kilkunastu stronach walnął mnie w twarz i obudził. Cholerny Sapkowski nawet na odległość potrafi zepsuć humor.

Scroll Up