Literat, czyli kiedy kończy się grafomania a zaczyna literatura?

Usiadłem przed komputerem, brudnym i zmaltretowanym przyjmowaniem setek zbędnych słów, które powinienem skasować zaraz po napisaniu. Zostawiam je jednak, licząc, że z czasem nabiorą większego sensu.

Grafoman czy literat. Potrzebuję mostu nad Rubikonem

Wybiła dwudziesta. Po raz kolejny odpaliłem edytor, licząc, że może tym razem uda mi się stworzyć coś dobrego, coś co przeczyta kilka tysięcy osób. Wielokrotnie czytałem wypowiedzi uznanych autorów, że to nie atencja się liczy. Że jeśli potrzebuję akceptacji żony, przyjaciół, czytelników, to nie jestem gotowy, żeby nazywać siebie pisarzem. Po prawdzie nie wiem czy kiedykolwiek uznam, że mogę tak się nazywać.

Ostatnio trafiłem na dwie strony traktujące o kulturze, jedną należącą do autora, pretendującego do miana ambitnego i drugą, gromadzącą ambitne teksty, opowiadania, recenzje filmów i książek, felietony. Z każdego aż bucha wiedza, każdy głębszy, pełen dygresji i alegorii. Coś, czego brakuje mojej „twórczości”. Co gorsza, teksty napisali młodsi i bardziej oczytani ode mnie autorzy. Czytam je, te teksty, które stają mi ością w gardle, które powodują, że zalewa mnie krew. Z zawiścią sprawdzam popularność obu adresów.

Blog początkującego autora odwiedza miesięcznie ledwie kilka osób. Chłopak albo nie dba o poczytność, albo nie skupia się na niej w wystarczający sposób. Nie śledzi Google Trends, nie wie co to SEO, bądź nie chce myśleć o tak prozaicznych aspektach publikowania w sieci. Z jednej strony trochę mu zazdroszczę, z drugiej cieszę się, że wyglądam na większego. We własnych oczach. Jakbyś trafił na jego stronę, przestałbyś mnie czytać.

Z portalem jest nieco gorzej – dla mnie. Wiele wejść, sama witryna dość popularna, wiele lajków, waluty, która niby się nie liczy, ale jeśli ktoś ma przy nazwie większą cyferkę ode mnie, coś ściska w dołku.

Zostałem po złej stronie rzeki

Czytam tekst o różnicy między literaturą popularną a artystyczną. Podobno młodzi pisarze próbują tworzyć w określonej konwencji, ale urzeczeni artyzmem literatury pięknej wplatają przesadne opisy i dygresje do swoich średnich powieści. Robią to nieudolnie, a kiedy ktoś zarzuci im grafomanię, bronią się argumentem, że eksperymentują. Niestety względnie często wśród początkujących twórców, u siebie też to zauważam, owa słabość tekstów nie wynika z porażki w eksperymencie, ale jest albo efektem słabego warsztatu, ewentualnie lub co gorsza, także, braku wiedzy. Nawet pisząc tę miernotę marzę o artyzmie, choć wiem, że to jedynie pusty bełkot, który ma podnieść moje ego.

Jestem jak te blogonastolatki piszące fanfiki Zmierzchu i Twarzy Greya, które publikują każde swoje słowo i proszą o komcie – pozytywne – w zamian za odpowiedź, relajka, obserwację. Ja też piszę, macham rękami i ciągnę Cię do siebie, choć na ogół nie mam nic sensownego do powiedzenia. A ty tu wchodzisz, bo w odpowiedni sposób zatytułowałem tekst i użyłem właściwych nagłówków. Na razie czekam, aż zauważy mnie ktoś, kto uzna, że moja kładka jest już wystarczająco dobra. Że mogę po niej przejść. Na razie tkwię na brzegu, na którym ktoś postawił znak z napisem “grafomani” i czekam, aż podpłyniesz, żeby posłuchać mojego biadolenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

pięć + osiemnaście =

Scroll Up