Koniec handlu w niedzielę! Gdzie ja teraz kupię mleko i kawę?

Starsza pani z trudem podniosła wypchaną po brzegi reklamówkę z zakupami. Wewnątrz miała co najmniej dwa bochenki chleba, kilka bułek, trzy kostki masła wędliny i dwukilogramowego kurczaka, choć na co dzień zapewne nie jest w stanie zjeść bodaj całego udka. Obecności wędlin mogłem być pewien, bo pies, którego akurat zapinałem do barierki na sklepowym pasażu obwąchiwał niesiony przez kobietę tobół.

Pani starsza ledwo doszła do rozsuwanych automatycznie drzwi dyskontu. Biedna, schorowana i zmanierowana przez reklamy postawiła reklamówkę, żeby odsapnąć. Zaraz potem podniosła ją i z trudem zrobiła kolejne kilkanaście kroków na parking.

Sam chciałem kupić tylko rogale w piekarni znajdującej się jeszcze przed wejściem na salę – ostatnimi czasy z żoną mamy zwyczaj, że każdą sobotę zaczynamy od zestawu: rogal, serek i kawa – liczyłem, że jak co weekend szybko obskoczę sklepowe regały i najpóźniej po kwadransie będę w domu. Ależ się przeliczyłem.

O mój Boże, jutro niedziela! Sklepy zamknięte!

Odganiając psa od kobiecinej reklamówki, zauważyłem kilkunastoosobową kolejkę ciągnącą się od samego wejścia, aż do lady piekarni. Jakaś pani w czerwonych włosach i długim płaszczu wybierała bułeczki i chleby. Przed sobą miała już kilka pakunków, ale widać potrzebowała więcej. Za nią stał starszy dżentelmen, choć nie zachowywał się, jak na dżentelmena przystało. Frustrował się, czynił niestosowne uwagi i poganiał. Bo pani przed nim zapewne wybierała już dobre kilka minut. Znacie ten typ?

Czterdziestolatek stojący za frustratem wyjaśnił, że jutro, w niedzielę, w dzień Boży, w którym wszyscy powinniśmy odpoczywać, pierwszy raz w powojennej katolickiej Polsce sklepy zostaną zamknięte.

Zostaną zamknięte, żeby inni mogli odpocząć. Zamknięte, żeby utrudnić nam życie. Żeby zagłodzić wszystkich w naszym ledwo co oswobodzonym i już przyzwyczajonym do złych komercyjnych nawyków społeczeństwie. Poirytowany czekaniem mężczyzna szybko wyjął z kieszeni smartfona i zadzwonił do żony.

– Wiesz, że jutro mają zamknąć te sklepy…? – urwał, czekając na odpowiedź. – Taa, chodź tu szybko.

Obserwując kolejkę i zachowanie ludzi, odpuściłem sobie. Wszedłem na sklep, chcąc zdobyć bezkofeinową kawę i odtłuszczone mleko bez laktozy, o którym przypomniałem sobie, oglądając absurdalną scenę, wyjętą wprost z czasów, o których tyle słyszałem, ale których nie miałem okazji przeżyć. Bo przecież co to byłaby za sobota bez kawy i odpowiedniego mleka.

Pobiegłem do kasy, licząc, że kolejka w piekarni nieco się zmniejszy. Zazwyczaj w sobotę w kasie dyskontu siedzi jedna pani. Sporadycznie pojawiający się klienci raczej nie wymagają większego obłożenia. Zdziwiłem się więc, widząc otwarte wszystkie trzy kasy i ogonek przy każdej na co najmniej dziesięć minut. A ja przecież musiałem biec do domu!

Kiedy już przywitałem się z panią ekspedientką i wyjąłem z portfela kawałek plastikowego osielca, zdałem sobie sprawę, że zapomniałem reklamówki. Nie chcąc płacić trzydziestu pięciu groszy – nie ukrywajmy, bardziej zależy mi na trzydziestu pięciu groszach niż na ekologii – zabrałem zakupy do kieszeni i z nadzieją ruszyłem do piekarni.

Wczoraj śniadanie zjadłem godzinę później niż zwykle. Smakowało mi jak nigdy dotąd. Nie sądziłem, że kupno kawy, rogali i mleka może zająć niemal pięćdziesiąt minut. Na osiedlu, gdzie na przestrzeni kilometra są trzy dyskonty, jeden tańszy od drugiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

cztery × pięć =

Scroll Up